
Czasami budzę się nagle w środku nocy i przez kilka godzin, a niekiedy nawet do świtu, nie mogę na powrót zasnąć. Dom napełnia po brzegi ciemność i miarowe tykanie starego, ściennego zegara. Wielkie psy sąsiada, które wieczorami lubią przeciągle ujadać, o tej porze najwidoczniej śpią spokojnie głębokim snem, którego nie niepokoi żaden ludzki hałas.
Początek listopada. Dni robią się coraz chłodniejsze. W ogrodzie przycięliśmy już wszystkie krzewy i iglaste drzewa, posadziliśmy kilkanaście młodych brzóz przywiezionych z nadleśnictwa. Wieczorem rozpaliliśmy ognisko, żeby spalić suche gałęzie i trawę. Powietrze pachniało mocno i znajomo.
Wstaliśmy przed piątą, za oknem o tej porze jest zupełnie ciemno. U sąsiadów światła pogaszone, zapewne jeszcze śpią. Zaparzyłam mocną kawę, a Ty przygotowałeś chleb i wodę do popicia lekarstw. Jedliśmy w milczeniu, otoczeni półmrokiem i ciszą.
Dawno już tam nie byłam, choć obiecywałam, że będę przychodzić codziennie. Minął miesiąc, a potem kolejne, aż wreszcie nastała jesień. Większość kwiatów w ogrodzie przekwitła, zostały tylko najsilniejsze — byliny, a wokół senna, wysoka trawa.
To już połowa października. Zebrane garściami orzechy, słodkie jabłka w wielkich białych misach, owady próbujące dostać się na zimę do domu. Kilka biegaczy skórzastych zamieszkało w słoiku w warsztacie dziadziusia.