czekamy

ptaszkowie

Anawim

Nastały mroźne, wietrzne dni. Zima znów uparcie z każdą upływającą godziną ogromnieje. Obserwuję to przez okno. Minionej nocy bez ustanku słychać było owo straszne wycie w kominie, co wkradając się do naszych snów prędko przepoczwarza się w różne upiorne, gorączkowe cienie albo całkiem nie daje spać. Nie wiem, czy można się do tego przyzwyczaić, ale mimo wszystko w tym roku przeżywam takie noce z większym spokojem, niż to było ubiegłej zimy.

Przed południem planuję wybrać się na krótki spacer z Bronią w stronę tak ulubionego przeze mnie brzozowego zagajnika. Niebo jest pochmurne i sypie z niego wielkimi płatkami śnieg, który wiatr rozrzuca jak mu się podoba po polach. Jednak spomiędzy chmur przebija się niekiedy przymglone, rozproszone światło słońca, w które tak błogo jest przez dłuższą chwilę popatrzeć.

Podczas spacerów pochylam serce nad tajemnicami bolesnymi różańca, zostając podczas rozmyślania tak często odnalezioną przez jakieś nienarzucające się, a przy tym jakże zdumiewające analogie do męki i miłości mojego Chrystusa, ukryte w krajobrazie poranka i wieczoru: w krwawej czerwieni zachodzącego słońca, rozżarzonych drzewach, w rozdzierającym duszę śpiewie kosa, w kroplach tającego śniegu drżących na cierniach głogu, w żebraczej styczniowej szacie pól i łąk. Nagle wszystko staje się tak przejmująco nagie, jasne i bezbronne w swym pięknie, na które nie starcza duszy, by je objąć, ale można pozwolić mu się ukochać i wzajem oddać choćby okruch miłości.

Zastanawiam się, jak to możliwe, że nie raz w ciągu wielu dni, a niekiedy i całych tygodni, pozostaję na to milczące Osobowe Piękno jakby zupełnie ślepa i niewrażliwa, uwięziona w sobie, ściśnięta i ciemniejąca, z oschłym, głuchym i nieprzystępnym sercem, wydana na pastwę zmartwieniom, a najczęściej własnej próżnej małoduszności. A wystarczy — jak On jest cichy — i w sobie duszę uciszyć, ułagodzić, po trosze chociaż wyprostować, uchylając jej kłosy niczym gniazdo na ciepłe ziarno Jego Słowa. Dlaczego z takim oporem się na to zdobywamy?

Ostatnio idąc tak przed siebie o zmierzchu, przypomniałam sobie wiadomość, którą otrzymałam w zeszłym roku od Anny. Polecała mi w niej zapoznać się z fotografiami Józefa Ulmy, które w jej odczuciu współbrzmią przedziwnie z duchem niektórych spośród moich zdjęć. Historię Ulmów oczywiście znałam, jednak nigdy wcześniej nie natrafiłam na informację o istnieniu owych fotografii. Jakiż był mój zachwyt, gdy po przybyciu na jesieni do Markowej pierwszy raz mogłam przeglądać te przepiękne w swej prostocie i wymowie kadry! Zdumiewało mnie przede wszystkim światło! Światło, które zdawało się być jednym z najbliższych i najważniejszych towarzyszy owej autentycznej prostoty i szczęścia ich dni, a także źródłem i powiernikiem czułości gestów i spojrzeń, którymi się nawzajem obdarzali. Pośród skromnych przedmiotów wnętrza i obejścia ich domu, w rozległych i nasłonecznionych wiejskich krajobrazach, w portretach bliskich im osób i sąsiadów odnalazłam tak wiele znajomego ciepła. Na myśl przyszło mi wówczas hebrajskie słowo: anawim. Tak, prawdziwie ubodzy w duchu, pokorni, świadomi swej zależności od Boga. W pamięci najbardziej utkwiło mi jedno spośród dziesiątek zdjęć, które wówczas zobaczyłam: oto pochylająca się przy gołym, kuchennym stole matka, a przy niej dziecko, albo dwoje dzieci, z uwagą i w nabożnym skupieniu przypatrujące się kreślonemu przez matczyną dłoń słowu. I światło, światło czule zatroskane nad ich życiem, wnikające przez okno do drewnianej izby.

W kolejnych dniach, z serdecznego podziwu dla świętości ich prostego, pełnego miłości, skromnego życia, zaczęła rodzić się we mnie modlitwa wdzięczności, pośród której jak miałam wrażenie, zawiązuje się jakaś niewidzialna nić przyjaźni łącząca kawałek ziemi z niebem — moje serce z ich anielskimi sercami. Zaczęły rodzić się także obrazy, których ogólne kontury z wyobraźni skrzętnie przenosiłam w formie szkiców na kartki zeszytu, mając nadzieję, że niebawem rozpocznę pracę nad nowym cyklem fotografii. I z końcem listopada istotnie tak się stało — dzięki otwartości zaprzyjaźnionych nam poczciwych rodzin, mogły powstać pierwsze kadry o anawim, ubogich Jahwe, ukrytych i strzeżonych w świetle Jego Serca. Fotografią, która jak mi zdaje, może okazać się centralną dla tego cyklu, jest ta, którą zatytułowałam „Bright nights” — z trójką (Trójcą?) dzieci radośnie niosących swoje lampioniki pośród wielkiej nocy.