
Jest niedzielny wieczór. Śnieg ubielił krajobraz za oknem i wszystko zdaje się teraz zupełnie niesamowite, zaczarowane, wyjęte wprost z Andersenowego snu.
Mów do mnie łagodnie, mów czyste słowa psalmów miłości, bym nie przestała ci wierzyć.
Idee są pierwszą rzeczywistością, jaką napotykamy w intelligibilnym świecie. Są jak miecz cherubów połyskujący u bram Raju, strzegący Tajemnicy. Miecz ten jest pierwszym co widzimy, gdy odwracamy wzrok za plecy, w kierunku Raju.
Dlatego przyjmij ode mnie te małe słowa, od których mrużą się oczy – ułomki z tamtych krain, które przechowałem i przynoszę Ci dzisiaj w darze. Przed snem szeptam Ci je do ucha, wymawiam je powoli i wyraźnie, prawie że sylabizując, jak słowa przeistoczenia, jedno po drugim…
– A jak to jest być pustelnikiem, eremitą? – zapytał nonszalancko Eliasz. – Pustelnika nikt nie widzi. I on nikogo nie widzi. A więc jak on istnieje?
I wtedy zadaję sobie pytanie, po co ta hojność tak wielka, która siłą rzeczy czyni nas winnymi, niegodnymi, niewdzięcznymi? Kim jest Ten, który z tej winy zdolny będzie nas usprawiedliwić?
Z ran i owoców.
Wiedziałaś, że od dziecka czytam światło jak słowo?
Światła na miedzy.
Mój strach.