czekamy

ptaszkowie

Światła Getsemani / znowu wiatr

A zerwał się wtedy, gdy szli szeroką aleją ciemnym wieczorem,
szeleszcząc złotymi liśćmi klonów i mocnych, starych dębów.
Potem ucichł i powrócił środkiem nocy, wyrywając ją ze snu.
Znowu dwie twarze zmieszały się w jedną i bladoniebieskie oczy,
które na nią teraz patrzyły spojrzeniem tamtego, próbowały 
związać jej serce ciemnym zaklęciem z dalekiej przeszłości.

Prosiła go w gorączce: 

mów do mnie łagodnie, mów czyste słowa 
psalmów miłości, bym nie przestała ci wierzyć. 
Mów słowa prawdy, jeśli dotykasz nimi duszy.

Kłamie! Syczało ze środka burzy i był to wrzask tysięcy 
płonących w ogniu gawronów. Kłamie! A jeśli mu zawierzysz
i zwiążesz z nim dalszą drogę, połączysz nicią czerwoną ślub
i trzem historiom przyzwolisz na wspólny bieg, dasz się zwieść!

A inny głos mówił ze świętego miejsca: jedna twarz podobna drugiej,
tej z dalekiej przeszłości, gdyż pamięć także musi zostać odkupiona.
Nie odwracaj oczu, patrz! Już słońce wschodzi nad jej mglistym konturem.
Nie odwracaj oczu, patrz! Już płynie brzegiem twarzy zbawienna krwawa łza.

Błagała w gorączce: 

ach, żebyś był ty w istocie tym jasnym kapłanem, niosącym nas na koniu 
w spokojnym biegu, ponad ziemią i leśnymi bezdrożami, kapłanem z krzyżem 
wetkniętym mocno w zranioną dłoń.

Ach, żebyś był ty w istocie tym jasnym kapłanem, którego widziałam już
pod murem otaczającym nasz dom, gdy we śnie głębokim kielich
pełen po brzegi w obie dłonie schwyciłam, który wąż wytrącił ci z ręki.

Niech ci się stanie. Niech nam się stanie.

Ten sam głos szeptem przemówił jeszcze raz ze świętego miejsca: 
nie lękaj się, rudziku. Zrozumiesz, że to miłość.