
Tego dnia spłynął na mnie słodki, łagodny smutek. Nie wiem, co go wywołało. Był wczesny, marcowy poranek. Jak co dzień zjedliśmy razem śniadanie, rozmawiając o tym, co trzeba będzie dziś zrobić, potem odprowadziłam Cię do bramy i przyjęłam z Twojej ręki błogosławieństwo.
W obliczu spotkania z odwieczną Tajemnicą — której wewnętrznych głębi i otchłani nie jesteśmy w stanie przeniknąć ani zdobyć ludzkim wysiłkiem, a w które jedynie w niezależnym od naszych domniemanych zasług, czysto miłosnym objęciu możemy zostać wprowadzeni — ogarnia nas i przeszywa jednocześnie trwoga i zachwyt, mysterium tremendum et fascinans.
Rankiem odprowadziłam Cię za dom, ucałowałeś mnie w bramie, a potem długo jeszcze stałam czekając, aż znikniesz na horyzoncie. Wiał silny wiatr i oczy same łzawiły. Pomyślałam, że zanim wezmę się do jakiejś pracy, najpierw wyprowadzę Bronię na krótki spacer (czeka mnie wciąż sporo listów do napisania i czuję też, że chciałabym raz jeszcze zmierzyć…
W miniony poniedziałek wybrałam się na długi spacer po okolicy. Dzień był przejmująco mroźny i mglisty. Do plecaka włożyłam aparat i kilka klisz, mając nadzieję, że może uda mi się sfotografować po drodze jakieś rozległe, zimowe pejzaże, które będę mogła potem wykorzystać do rozbudowania cyklu czarno-białych kolaży o melancholii.
Jest późna, zimowa noc. Śnieg, który sypał tego dnia od rana, z nastaniem wieczoru zakrył już prawie zupełnie lekkim, pofałdowanym puchem pola, domy i naszą miedzę.
Nie śpisz jeszcze? Noc jest już późna, przez lekko uchylone okno słychać jedynie szum ciemnej rzeki. Bezlistne drzewo pochyloną gałęzią drży nad jej nurtem, niestrudzenie wyczesując jakieś światło z miejsc, gdzie księżyc wyciszył i schował swój blask.
Gdy przeprowadzaliśmy się tutaj, prawie równy rok temu, wyszły nam na przeciw silne i rozgniewane, utrzymujące się całymi tygodniami wiatry, które nie dawały odetchnąć naszej wsi i jej mieszkańcom ani przez chwilę.
Powoli robi się wieczór. Na horyzoncie czerwienieje teraz ostatnia, wąska smużka światła, lśniąca ostatnim blaskiem, rozciągnięta wzdłuż szpaleru wysokich modrzewi rosnących nad strumieniem, drżąca pod tchnieniem nocy. Na schodach przy wejściu do domu psy leżą blisko siebie, ogrzewając się nawzajem swoim psim ciepłem.
Nastały mroźne, wietrzne dni. Zima znów uparcie z każdą upływającą godziną ogromnieje. Obserwuję to przez okno. Minionej nocy bez ustanku słychać było owo straszne wycie w kominie, co wkradając się do naszych snów prędko przepoczwarza się w różne upiorne, gorączkowe cienie albo całkiem nie daje spać.
Dni bardzo dłużą mi się, odkąd z powodu małego wypadku nie mogę zajmować się tym, czym bym chciała. Rankiem zaparzyłam dzbanek wierzbówki, dosładzając ją sowicie miodem i dodając odrobinę soku z czarnego bzu, który dostałam na urodziny do Basieńki i jej rodziny.