
Najmilsza moja M., niebu bliska Jaskółko…
Tworząc pojedyncze ranliwe istoty skupiałam się do tej pory na zranieniach. Nie chciałam ich zaszywać, łatać, zakrywać. Wolałam, by pozostały widoczne, ale nie krwawiące. Chciałam je widzieć, zdawać sobie sprawę z ich istnienia, traktować je jako część tożsamości i osobistej historii. Ale czy to wystarczy? Czy wystarczy je przyjąć, zaakceptować jako część siebie?
Pociąga mnie ciemne i chłodne. Mówię w nie, a ono zawsze odpowiada mi. Woda na dnie porusza się w rytm naszych oddechów, przewodzi nasze drgania, nasze przedłużające się rozmowy.
Ktoś mądry napisał kiedyś, że rana to miejsce, przez które wchodzi światło. I że miłość to ogień. Tylko ten, kto się spali, staje się światłem.
W zimową noc na zachodzie z półmroku wyłaniają się światła. Odkładam kromkę chleba na stół, mrużę oczy, przez porysowaną wędrującym mrozem szybę próbuję przyjrzeć się temu dokładniej.
Jest niedzielny wieczór. Śnieg ubielił krajobraz za oknem i wszystko zdaje się teraz zupełnie niesamowite, zaczarowane, wyjęte wprost z Andersenowego snu.
Mów do mnie łagodnie, mów czyste słowa psalmów miłości, bym nie przestała ci wierzyć.
Z ran i owoców.
Wiedziałaś, że od dziecka czytam światło jak słowo?
Światła na miedzy.