czekamy

ptaszkowie

Wąwóz

Przyjeżdżamy na miejsce wczesnym rankiem. Wysadzasz mnie u podnóża Starego Miasta. Na jakiś czas musimy się rozstać, masz swoje sprawy do załatwienia, ja także jestem tu nie bez powodu. Chciałam z tobą pojechać, ale było w tej decyzji coś jeszcze. Jakiś rodzaj przeczucia, może nawet wezwania złożonego na dnie nadarzającej się okazji, które w porę wychwyciłam. Nim noc wyczerpała do reszty swoją barwę, mocno zaspani, ruszyliśmy w drogę. I oto dlaczego tu jesteśmy.

To nie potrwa długo, mówisz. 
Na pożegnanie całujesz mnie w lewą skroń. 
Lubię, gdy tak robisz.

Wysiadam z samochodu. Stoję na pustej ulicy i patrzę nieco bezradnie w kierunku, w którym odjeżdżasz. Już cię nie widzę. Teraz tylko słoneczny blask odbijający się jaskrawo od brukowej kostki obcego miasta razi mnie w oczy. 

Stoję dalej. Nie wiem, w którym kierunku mogłabym się udać. Nie wiem nawet, czy kawiarnie o tej porze są tu już otwarte. W tym mieście nad Wisłą, w którym jestem drugi raz w życiu, czuję się zupełnie obco. Tak bardzo jestem senna. Oddałabym wiele, by móc się gdzieś położyć, na byle jakiej ławce, w miejscu, w którym nikt nie zwróci na mnie uwagi. Czuję, że ogarnia mnie smutek.

Coś się jednak dzieje. Lekkie, znajome poruszenie gdzieś w środku. Wibruje. Jakby ciąg dalszy przeczucia, które teraz znowu wyczuwam w przedłużającym się zastygnięciu. Przebłysk. Sprawia, że lgnę do niego odruchowo – chwytam się go jak obietnicy, albo jedynego punktu orientacyjnego w zaistniałym położeniu. W zasadzie łapię się na tym, że oczekuję tutaj zupełnie serio, z wiarą, na jakiś mikrocud, który ruszy mnie z miejsca, wyrwie z otępienia.

Mówię do niego bezgłośnie: prowadź mnie. 
A potem idę za Nim, który lśni przede mną jak rzeka.
Milczy i lśni. Wprowadza mnie nieśpiesznie w atmosferę mijanych miejsc.

Najpierw wyruszamy w sam środek miasta. Po drugim, powolnym okrążeniu rynku z gotyckim ratuszem, odbijam nieco w bok i znajduję kawiarnię ukrytą w wąskiej, cienistej ulicy. Wchodzę do środka odrobinę nieśmiało, nie wiem, czy już otwarte. Jest pusto. Wewnątrz panuje przyjemny chłód i półmrok. Tak, jest otwarte, upewnia mnie kelnerka. Wybieram więc stolik przykryty białym, dzierganym obrusem, tuż przy oknie z widokiem na wielki ogród.

Jak cicho. W środku nie gra żadna muzyka. Zamawiam kawę, jajecznicę na maśle i trzy kromki razowego chleba. Wszystko bardzo mi smakuje. Potem wyjmuję z plecaka tomik wierszy, notatnik i pióro. Zapisuję pytania, myśli i wydarzenia dnia poprzedniego, ponieważ wczoraj nie było na to czasu. Słowa przepływają przeze mnie tak:

18 czerwca 2026 roku

a co z koniecznością poświęcenia Bogu określonej ilości czasu, szczególnej uwagi? wyrażaną zewnętrzną praktyką przez trzydzieści minut, godzinę, dwie godziny dziennie? ale – pytam absolutnie poważnie – jakże mam ów czas wydzielać i z czego? ze wspólnego przebywania razem? ze spędzania wespół dni i nocy? z życia mam ten czas wydzielać? ale przecież życie jest właśnie miejscem Jego obecności! 

bo czyż nie jest On życiem samym, a modlitwa sposobem bycia w tym życiu? świadomym i przedświadomym zanurzeniem, skupionym i intensywnym stąpaniem po wewnętrznych sferach żywego odczuwania, gdzie życie (jakby to powiedział M.H.) doświadcza samo siebie i rozpoznaje Tego, od którego pochodzi? tak, tak! byłaby zatem modlitwa świadomym zamieszkaniem w życiu, które daje mi siebie od wewnątrz. więcej jeszcze: zgodą na to życie, jako na dar. nieustannym, wdzięcznym otrzymywaniem, które jest podstawowym i radosnym tonem prostej codzienności. byłaby zatem modlitwa zgodą na życie, które nie jest moje, choć żyje we mnie. nie modlę się obok życia. modlę się żyjąc. więcej jeszcze: żyjąc, odpowiadam Komuś. jestem w tym cała dla Niego i w Nim. 

jednak dopowiem coś trochę przeciw sobie: może jest w tym powracającym pytaniu o “konkretne formy i czas modlitwy” jakiś wewnętrzny opór, bo wymaga to ode mnie szczególnego rodzaju odsłonięcia i dyspozycyjności? ogołocenia pola widzenia. niczego pomiędzy (to w ogóle możliwe?). 

a jeśli ta miłość ma dwa rytmy? jeden nieustanny, drugi skupiony? pytanie może leży więc w tym, jakie formy chce przybrać moja odpowiedź miłości? a na to nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich. różne są drogi wierności tej samej Obecności. 

Odkładam pióro. Patrzę przez okno na ogród zatopiony w aksamitnej czerwonej łunie. W porannym świetle płoną rozłożyste krzewy róż. Na trawę osypuje się wielki kwiat purpurowej piwonii.

Nie zagrzewam tu długo miejsca. Ciągnie mnie poza miasto. Przeczucie ciągnie mnie do Ciebie, który mnie wzywasz. Jak często to u mnie bywa, z uporem szukam jakiegoś pomiędzy, które będzie na tyle tkliwe i subtelne, by Cię w nim choć odrobinę więcej spotkać, może nawet trochę niechcący zahaczyć naskórkiem o materiał Twojego płaszcza. Tak, szukam jakiegoś nośnika, świetlistej ciszy i łagodności, atmosfery schronienia, żeby móc jeszcze głębiej poruszać się w Twoją stronę. Wychodzę na poszukiwanie, podejmuję trop. Przecież wiem, że celowo go dla mnie zostawiasz. Wiem też, że nie ma w tym żadnej mistyki, jakichś dusznych oparów świętości, spraw dostępnych jedynie doskonałym i wtajemniczonym. Jest życie, jego intensywność i niedoskonałość, są napięcia, zapach potu i żar. Mogłabym o tym napisać wiersz, ale teraz po prostu idę przed siebie. Idę i węszę za Tobą w życiu.

Przechodzę przez kamienny mostek, mijam stary klasztor i wspinam się dalej pod górę. Jest tak gorąco i parno. Na szczęście coraz więcej drzew. Przemykam w ich cieniu, zmierzając – to już pewne, od początku takie właśnie było – w stronę wąwozu. 

Docieram do miejsca, które mnie wzywa, zaprasza do siebie w gościnę. Tak, w mieście, do którego przyjechaliśmy, jest wąwóz. Drzemie tu sobie, jak jakieś wielkie, pradawne zwierzę, rozciągnięte wygodnie na słońcu. Wyrasta przede mną ogromny i wchodzę w niego, tak, wchodzę w podnieceniu, jednak nie od razu. 

Najpierw długo stoję na skraju, na jakimś przedpolu odczuwania, i patrzę w jego ciemny, otwarty pysk. Zaglądam badawczo do środka paszczy i przypatruję się z daleka ścielącej się przede mną jasnej, piaszczystej tkance gardzieli. Przez cienką, zieloną skórę i sieć poskręcanych naczyń wpada do środka odrobina światła. Białe plamki migoczą w żywym, łaskoczą je przyjemnie. Oddech jest prawie niewyczuwalny, wyrównany jak w głębokim śnie. Nasłuchuję dźwięków z trzewi. O, jak bardzo tu cicho jest, myślę. Majestatycznie cicho, jak we wnętrzu katedry albo starego smoka. 

Robię kilka kroków przed siebie. Jeszcze trochę. I jeszcze. Coraz pewniej idę w głąb, jednak robię to bardzo powoli. Boję się, by za kolejnym zakrętem nie wyłoniło się przede mną miasto, ani jakiś człowiek, by czar nie prysł zbyt szybko. 

W ciszę przenika teraz mój oddech i złoty proch osypujący się z miękkich lessowych żeber, który unosi się wysoko nad moją głową i migocze w powietrzu. Cisza drży, myślę. Pochylam się i biorę w dłoń mały odłamek skały, przyglądam się mu z bliska. Zamykam dłoń, otwieram, znów zamykam. Teraz zamykam ją mocniej. Ściskam pięść i otwieram. Palcami pomagam sobie rozetrzeć niedokładnie skruszone. Po chwili jest już doskonale sypkie. Podnoszę dłoń i wwąchuję się w jej ciepłe, rozgrzane od tarcia zagłębienie. Mam ochotę polizać, ale nie robię tego. Przyglądam się tylko, uśmiecham, a potem delikatnie dmucham. 

Idę dalej. Posuwam się bardzo powoli. Po kilku krokach przystaję. A potem znowu idę. I znowu staję. Długo patrzę jedynie przed siebie, w górę albo pod nogi. Jakby celowo odciągając moment, gdy pozwolę sobie rozejrzeć się na boki, umożliwiając w ten sposób nastrojowi tego miejsca, by wrastał we mnie powoli, a jego tajemniczy duch obejmował i przenikał mnie jakby ukradkiem, ale coraz śmielej. 

Aż do teraz, gdy stał się zupełnie nagle tak bez skrępowania potężny, że aż szumi mi od niego w głowie. Jestem nim absolutnie pochłonięta. Wchłonięta w niego. 

Czy mam to zapisywać? Gotowe wersy przepływają kaskadami przez moją głowę. Łapię je, wyławiam ze strumienia i przez chwilę mam silną pokusę, by wyciągnąć z plecaka zeszyt i pióro, notować to wszystko, co się przede mną gorączkowo odsłania i jawi. Jest takie mocne, myślę, a jednocześnie cudownie bezwiedne i swobodne. Potoczna, żywa mowa duchów, myślę. Język nastroju i jego głębokie, przenikające brzmienie. Tak, mogłabym o tym pisać, ale tego nie robię. Próbuję nie snuć o tym żadnej wewnętrznej narracji. Nie przyglądać się sobie samej spacerującej we wnętrzu smoka. Tylko być. Chodzić tak wte i wewte, bez wyraźnego celu. Przystawać. Patrzeć. Nasłuchiwać. Niech mi to, do cholery, w końcu wystarczy. Po to tu przyjechałam: żeby pozwalać duchowi tego miejsca przenikać mnie. Coś we mnie otwierać, przesuwać albo kształtować, nieważne, nie muszę wiedzieć. 

Jest mi tak dobrze, gdy tu jestem, gdy zmienia mnie to, o czym nawet nie myślę. Ciało przejęło transformujące obowiązki świadomości. Po prostu odpoczywam. Odpoczywam sobie w tym niewidzeniu siebie, nie przyglądaniu się własnej osobie. Wypoczywam we własnej beztroskiej nicości (tak powiedziałby R.). Może napiszę o tym po powrocie, za kilka dni, ale nie teraz. Teraz na wielkim ołtarzu życia składam ofiarę z wysiłku i rozkoszy opowiadania o nim. Niech się to przemieni dla mnie, we mnie w coś z czystej, jasnej prawdy, myślę. Może nawet modlę się w ten sposób do Ciebie, który mnie tu przyprowadziłeś i jesteś ze mną. Ale Ciebie także nie chcę sobie wyobrażać. Wystarczy mi to zanurzenie, bez potrzeby kontroli, bez potrzeby opowiadania sobie Ciebie, siebie, albo tego miejsca. 

Czuję, jakby życie mnie wchłonęło. Nie czuję. Jestem. Trwam dzięki Tobie. Dzięki Tobie to mi wystarcza. 

Nie chcę jeszcze wracać. Znowu idę kawałek przed siebie. Staję teraz przed wielką plątaniną korzeni w stromym zboczu jaru. Ujawnił je czas, gwałtowność roztopów i spływająca chłodna woda. Ośmielona tym, że nikt nie patrzy, wyciągam przed siebie ramiona. Próbuję dołączyć do tego gąszczu dotykających się. Łapię się ich ramion i podciągam do góry, albo oni mnie podciągają. 

Hipnotyzuje mnie gmatwanina ich gestów. Wspinam się wyżej, ostrożnie, bo ziemia osuwa się miejscami pod moim ciężarem. Będąc już całkiem wysoko podnoszę głowę i orientuję się, że patrzę na czyjąś twarz. Wielkimi oczami mi się przygląda. Uważnie bada mnie z wnętrza skały, w której zastygła. Nie widzę ust, tylko te wielkie oczy i fragment nosa. Po chwili chowa się w białej plamie rzuconej jakby umyślnie przez słońce. Zbiegam na dół, w ciemne, by złapać oddech.

Dłuższy czas trudno mi się otrząsnąć z wrażenia. Pozostaję pod jego wpływem. Podobnie moje ciało, które nie może zapanować nad drżeniem. Przysiadam na jakimś zwalonym kawałku drzewa. Postanawiam tu zostać i zaczekać na Ciebie. Jestem oszołomiona. Trudno mi udźwignąć w sobie potęgę tego miejsca. W końcu męczę się. Ogarnia mnie przemożna senność. A potem wpadam w nudę i zaczynam się z nią zmagać. Przychodzi pokusa, żeby jednak panującą tu atmosferę na czymś utrwalić. Nie wytrzymuję. Sięgam po aparat. Robię kilka zdjęć. 

Pod wieczór zjawiasz się tutaj. Wychodzę po ciebie na szczyt paszczy, żeby wprowadzać cię do wnętrza powoli. Idę pierwsza, trzymając cię za rękę. Schodzimy w dół wąwozu. Troszczę się o to, byś zanurzał się w jego nastrój, dlatego idziemy w milczeniu. Zastanawiam się, czy w tobie dzieje się teraz to samo, co we mnie: nastrój znów mnie przenika i ujawnia, jak wrażliwa na jego wdzięk jest moja dusza, w której cieniuje różne subtelności. Ale nie mogę cię o to zapytać, spłoszyłabym dzikie. A ono rośnie, rośnie wokół nas jak szalone i chce z nami tańczyć, pląsać po lepkich plamkach wieczornego światła. 

Zatrzymuję się przed zboczem jaru. Stajesz tuż za moimi plecami, tak blisko, że czuję twoje ciepło na sobie i przechodzi mnie rozkoszny dreszcz. Biorę twoją prawą dłoń, wyciągam ją przed nas i kładę na starym korzeniu. Moja dłoń leży na twojej, lekko dociska ją do gładkiej kory. Jak długo tak stoimy? Nie wiem. Stoimy nieruchomo, ani drgniemy. Czujemy. Mamy ciało, a może nim jesteśmy? Doznajemy życia, które przepływa przez nas. Jakby powiedział to J.: kochając się sprawiamy, że świat w swoich najtajniejszych głębiach może zadrżeć z radości.

Teraz już wracamy do samochodu. Robi się ciemno. Idąc trzymam ręce przed sobą, blisko brzucha: lewą dłonią obejmuję swoją prawą dłoń. Tę, przez którą nasze ciało stało się miejscem spotkania ze światem i tętniącym w nas życiem.

Nocą, przed zaśnięciem notuję w zeszycie jeszcze to:

w czym tkwi istota nastroju? owego pośrednika między człowiekiem a światem, tajemniczej atmosfery sensu. wszystkie te duchowo-zmysłowe tonacje obecne w przestrzeni, odsłaniają nowe horyzonty bycia. wprowadzają w nie. nastrój jest jak droga, po której życie porusza się intensywniej. tunel, który wciąga w swoją głębię. jest też często nastrój dyspozycją wewnętrznego słuchania, w której coś istotowego – Prawda? – może w milczeniu dochodzić do głosu.

I modlę się: Boże mój, życie moje. Dzień za dniem szukam tego momentu, choćby bardzo krótkiego, kiedy już nie z Tobą i w Tobie, ale dla Ciebie tylko płonę.

Daj mi tak płonąć, proszę Go. Daj, wołam bezgłośnie. I – na jawie czy we śnie, nie wiem – zapominam się w tym miłosnym agonie.