czekamy

ptaszkowie

Po-grzebyk

Duchowni najbardziej ze wszystkich boją się śmierci, Kamilko – mówi moja mateńka po powrocie z niedzielnej mszy. Siedzimy przy otwartym na ogród oknie balkonowym i zajadamy się ciastem z borówkami i słodką kruszonką. Patrzę na twarz mateńki i widzę, że od soku z owoców nasze usta nabierają śmiertelnie poważnego koloru.

Ano tak, dodaje po chwili, tak właśnie to wygląda, choć powinno być inaczej. I wzdycha przy tym głęboko, ciężko.

Ja także wzdycham w ślad za nią. Jest okrutnie parno. Wszyscy spodziewamy się dziś burzy. Wyczekujemy jej, a jeszcze bardziej ulewnego deszczu, który schłodzi ziemię i ukoi nasz narastający od kilku dni niepokój.

Patrzę na skupioną twarz mateńki i czekam, aż rozwinie swoją myśl. Po chwili milczenia mówi: To my, Kamilko, zwykli ludzie, mamy większe prawo jej się bać, a nie ci, którzy przecież nieustannie o niej myślą, obcują z nią, omadlają wszystkie jej ciemne sprawy i tajemnice. Oni wiedzą więcej o tym, jak to tam po drugiej stronie ma wyglądać. Uczyli ich tego, podsuwali różne wyobrażenia i przykazywali, by podawali nam to w prostych opowieściach, żebyśmy mogli coś z tego zrozumieć, przyswoić. Złapać się jakiegoś obrazu i trzymać go mocno przez resztę życia. Więcej nawet: żebyśmy mogli takiej śmierci zapragnąć, wyczekiwać jej potem, wytęsknić ją w sobie, urabiać. Obraz więc musi być solidny, musi przemawiać do naszej duszy prosto i bezpośrednio. Ja wierzę, córeczko, w wieczny odpoczynek i to daje mi siły, by jeszcze trochę tu harować i co tu dużo mówić, no cierpieć czasem trochę bardzo. Ale nie rozumiem tych, którzy będąc tak blisko Boga, tej śmierci za wszelką cenę starają się wymknąć, oszukać ją, odsunąć możliwie jak najdalej porę jej przyjścia. To dotyczy też oczywiście nas, zwykłych ludzi z kościelnych ławek, ale my w tym wszystkim jeszcze jesteśmy jakoś usprawiedliwieni. Dla przykładu taka Antoniowa. Nowotwór zżera całe jej ciało, nie ma już chyba takiego miejsca, w którym nie byłoby przerzutów. Jak nic zemrze jeszcze tego lata, schudła tak, że jest jej przez pół tego, co było. Ale ta nic, tylko siedzi na tym allegro i przegląda oferty butów na zimę, głowi się bidulka nad kolorem i rodzajem ocieplenia. Ale zimą już jej tu z nami nie będzie, a nawet gdyby jakimś boskim cudem dożyła pierwszego śniegu, to przecież przykuta jest do balkonika i daleko w tych butach nie zajdzie, bez mała może parę kroków do ogrodu. A jednak coś nie potrafi w niej zgodzić się na to umieranie. Albo twoja babka. Nie tak dawno przecież dzwoniła nocą na pogotowie, że najpewniej zawał i będzie umierać, żeby szybko przyjeżdżali. No to przyjechali. Ale zanim wzięli ją do karetki, babka zdążyła ubrać najlepszą sukienkę i schować do kieszeni grzebyk. Zawsze o siebie dbała, to trzeba jej przyznać: pełen makijaż, włosy jak od fryzjera. Ale jakby nie mogła uwierzyć w to, że rzeczywiście ta śmierć po nią idzie. Więcej nawet: jakby nie mogła tej śmierci w końcu szczerze zapragnąć. A co, tak dobrze jej się tu żyje? Nie powiem, każdy ma przecież w życiu jakieś radości większe i mniejsze, kochanych ludzi, marzenia. Ale to wszystko proch i pyłek jest, nic nie trwa wiecznie, rozpada się to wszystko na naszych oczach. Od pewnego wieku człowiek, jak jeszcze ma siłę i wychodzi z domu, to najczęściej na pogrzeby. A ona przecież schorowana już bardzo, zmęczona tym życiem, utyrana. To czego tak się tu jeszcze trzyma? No, ale że wrócę, Kamilko, jeszcze do tych duchownych. Ja to przecież widzę i słyszę na własne uszy, gdy przychodzą do mnie do szpitala. Jeszcze nie ma diagnozy, a już panika, lęk w oczach taki i słabość w nogach, że muszę ich długo trzymać u siebie na kozetce, żeby mi nie zesłabli gdzieś na korytarzu. Ale to nie młodzi, Kamilko, nie. Takich to jeszcze można by zrozumieć, jakoś wybaczyć im tę skrywaną pod wyprasowanymi sutannami niedojrzałość. Najbardziej boją się siwe zakonnice i księża, jako żywo. Tak się boją, że Chryste drogi, żal mi ich bardzo! Już od samego patrzenia na nich bym im tej śmierci, gdybym mogła, najchętniej oszczędziła, ale wiem przecież, że nie przydarzy im się w życiu nic lepszego, więc głaskam ich po policzku i pocieszam jak mogę. Dzielę się z nimi obrazem, który mnie samej dodaje siły, tym o wiecznym odpoczynku w pierzynach. Niektórych to uspokaja, wycisza. Inni woleliby chyba od razu strząsnąć z siebie moją rękę. Otrząsnąć się ze spokoju i wrócić czym prędzej w nieustanny ruch. Zbyt przeraża ich wieczność, no i jeszcze jej tajemnica, jeszcze ona.

Przyglądam się mateńce. Teraz zamilkła. Patrzy, jak to ma często w zwyczaju, w jakąś niedostępną dla mnie dal. Myśli z troską o tych, którzy się boją. Obejmuje ich miłosiernie. Milczy, więc i ja milczę. Po chwili ostrożnie przesuwam się z miejsca, by znaleźć się w zasięgu jej zapatrzonej modlitwy.