Leżymy dobrze ukryci. W miejscu, w którym nikt nas nie dojrzy. Może z wyjątkiem pasterza wędrującego ze stadem po wzniesieniu obok, ale on prawdopodobnie niczemu się nie dziwi. Dobrze rozumie naszą potrzebę ułożenia się we własnej kruchości, odczucia bólu i ukojenia go ziemią, zapadnięcia się w głąb. Odpoczywamy więc na żółtym kocu, daleko od szlaku, pośród wysokich traw w siodle przełęczy. Przyjechaliśmy niedawno. Jest upalne, późne popołudnie. W zasadzie nie spieszyliśmy się wcale. Naszym zamiarem było tylko to wspólnie dzielone milczenie, obserwowanie wypasających się stad, dopuszczenie do siebie pociechy przelewającej się z tego miejsca jak ze źródła. Teraz tutejszy duch kołysze nasze dusze i przemawia do nich pieszczotliwie w dawno zapomnianym języku raju. Słyszę, jak krajobraz szepcze i wibruje: przelewa przez nasze uszy tajemne zaklęcia niosące echo anielskiego śmiechu i dziewicze pieśni pierwszych ludzi.
Leżę obok Ciebie na plecach. Blisko, bardzo blisko. Nasze ręce są splecione, dotykamy się bosymi stopami. Warkocze spływają wzdłuż ciała. Światło zastygło nad nami i jest cudownie nieruchome. Czasem wydaje mi się, że w nim zasypiam. Strumień myśli też się zatrzymał. Jaka ulga w tej jasności. Przepływające wolno chmury tylko na krótką chwilę zakrywają słońce i można wtedy na moment otworzyć powieki. Tak właśnie robię. Otwieram oczy. Zamykam je. Znów je otwieram. Gubię się w błękicie nieba. Unoszę się, rosnę, rozrastam i przywieram cała do nieboskłonu. Tulę do piersi jego chłodną, niebieską twarz. Po chwili znów maleję i tylko z daleka wyciągam ręce ku jego przejrzystej, delikatnej skroni, powierzając mu się jak dziecko.
Tęsknię – mówię do niego bezgłośnie.
Weź mnie do siebie. Weź raz jeszcze – powtarzam mu.
Nic nie mogę zrobić. Po prostu czekam. Pragnę. Jego obecność w jednej chwili nabiera kształtu i ciężaru, gęstnieje tuż nad moim ciałem, a potem spada jak polujący wielki ptak i, rozdzierając klatkę piersiową, jednym najczulszym ruchem wdziera mi się prosto w duszę.
Poczułeś to? Jestem zdobyta, choć chyba nawet nie drgnęłam. Dalej, zupełnie nieruchomo, leżę obok Ciebie i krwawię do słońca. Jest mi tak dobrze. Tak boleśnie beztrosko. Wiatr co jakiś czas leniwie przeczesuje łąki: wyciąga z nich ciche pomruki. Pod jego dłońmi układa się dzięcielina i białe łany złocieni. Moje ciało także w końcu się poddaje. Słoneczny wiatr je napełnia. A tuż po nim nadchodzi cień: naciera powoli, a potem jak wielkie zwierzę kładzie się u stóp zdobytego serca. Samotne piękno krajobrazu przez chwilę spoczywa we mnie, w Tobie, w nas. Ale wiatr idzie dalej. Odchodząc, wyciąga zapach z naszej krwi.
Dokąd go niesie?
Dokąd go niesie?

