czekamy

ptaszkowie

Kwietniowy list do R. [Wizja miłości i jej geniusz]

Drogi, Ukochany Inżynierze-Poeto,

w ciągu ostatnich miesięcy odkrywam z mocą i jasnością, jakby w doznaniu z pogranicza cudownych, wielkich i miłosnych objawień, jak bardzo przy Tobie i dzięki Tobie się zmieniłam. Dojrzałam. Umożliwiłeś i zadbałeś o to, by mogły wreszcie odsłonić się we mnie zbyt długo spoczywające w cieniu, zadziwiające mnie teraz niebagatelne zalążki odwagi. A wraz z nią –  przebudzoną i gotową do śmiałego popchnięcia mnie w dalszą podróż – wszystko w moim odczuwaniu i myśleniu zaczęło nabierać pełnego nowych sensów, twórczego rozpędu. 

Spójrz – bo zaiste możesz patrzeć z zadowoleniem i radością przynależnym dobrze wykonanemu zadaniu – jak w ostatnim czasie roziskrzyło się i wkrótce stanęło całe w płomieniach ciemne, wewnętrzne sklepienie mojego ducha, który dzięki Twojemu duchowi i jego czujnej obecności, może teraz tańczyć i bez lęku rozkoszować tchnieniem wolności. Bóg jeden wie, że tylko przy Tobie mogło i miało się to dokonać, Mądry i Życzliwy Towarzyszu, Czuły Strażniku mojego Płomienia – tego bezcennego daru niebios, który stanowi jednocześnie stopniowo ujawniające się i w odpowiednim momencie rozpoznane powołanie. 

Jak wielkim, bezdyskusyjnym dobrem jest przeczuć w sobie ową iskrę powołania, poświęcać jej należytą uwagę, by móc w końcu odkryć moc jej żaru i z odwagą zacząć przeżywać swoje życie według głosu, który do nas z tego Boskiego ognia przemawia. Poświęcę temu kolejny list, gdyż najpierw chciałabym opowiedzieć Tobie o geniuszu miłości, oraz o pięknie bliskości i oddania się sobie nawzajem (którym ta rozbudzona dzięki Tobie odwaga również się przysłużyła, dopełniając w krótkim czasie czegoś istotnego; choć przeczuwam, że to jeszcze nie koniec i wiele nieprzebranego dobra wciąż przed nami).

Wizja miłości i jej geniusz

Pozwól, że przytoczę fragment z IX księgi “Raju utraconego”, który podczas naszej wspólnej, cowieczornej lektury Miltona minionej zimy, wyrył się tak głęboko w moim sercu. Mówi Adam do Ewy:

“Bądź co bądź, dolę swoją z tobą połączyłem.
Jeżeli śmierć od ciebie odstąpić nie może,
Śmierć dla mnie jest jak życie. Silnie czuję w sercu,
Jak więź natury ciągnie mnie wciąż do mojego,
Mojego w tobie, gdyż to, czym jesteś, jest moje
I nic nas nie rozłączy, stanowimy jedność,
Jednym ciałem jesteśmy; jeślibym cię stracił,
To tak samo, jak gdybym utracił sam siebie.”

[John Milton, Raj utracony; księga IX, 1063-1070]

Kto pojmie, drogi Mężu, znaczenie takiego kochania? Kochania wiernego aż do śmierci. Jedynego. Mocnego godnością, która płynie z zapewnienia o tym, że stanowi ono obraz Przedwiecznej Miłości. Obraz, który jest jednocześnie niepowtarzalną częścią tej Boskiej Miłości, wyłonioną nie z zamysłu, ale wprost z rozżarzonego Boskiego wnętrza. Kto pojmie jedność, która czyni takie rzeczy, że siebie – a więc życie swoje i duszę – odnajduje się w pełni jedynie w oddaniu się drugiemu? Kto przebywał w tym otwartym sakramentalnie Zamkniętym Ogrodzie Małżeńskim? Kto zanurzał i kąpał razem serca w strumieniu biegnącym przez jego środek, przyjemnie chłodząc ich rozpalone wnętrza? Z tego gwałtownego nurtu, przepływu łaski, kto czerpał? Kto uzgadniał w nim wspólny rytm, z rozkoszą ulegał razem jego czułym prawom? 

Zdaje się, Kochany, jakby coraz mniej takich śmiałków po tym świecie chodziło, z ufną radością i niegasnącym zaciekawieniem poddających się w niewolę zbawczym wpływom i wymaganiom miłości. Śmiałków pielęgnujących od młodości wizję tej miłości i zachłannie koncentrujących się na wcieleniu jej w życie, które to wcielanie w istocie jest ochoczym zdobywaniem jej twierdzy. Ale, co nader ważne, śmiałków nie poprzestających na tym, by po przekroczeniu jej progów, osiąść z zadowoleniem w czarownych, miłosnych komnatach. Miłość bowiem, nawet zdobyta, domaga się nieustannych wysiłków i poświęceń, dlatego potrzebuje nie letnich, lecz wybitnych serc do kochania. 

Jeśli zabraknie nam jednak tej twórczej gorliwości, poetyckiego ducha, niemal romantycznego entuzjazmu i dynamiki, nic takiego się nie wydarzy i w tym sensie zaniedbamy, a może nawet na zawsze zaprzepaścimy możliwość tej jedynej w swoim rodzaju przygody. Wiesz, że gdy mówię o przygodzie, mam na myśli wspaniałą i niepowtarzalną podróż życia, gęstą od ukrytych znaczeń i symboli, cudownie nasyconą, niosącą jedyny w swym rodzaju ciężar gatunkowy: życiodajny sens otulony czystym pięknem.

Ale by ową – tkaną od młodości pośród zielonych i ożywczych porywów wyobraźni serca – wizję miłości, tak potężną móc unieść i znieść jej gwałtowny, przynaglający do działania żar – jako absolutnie krusi i niestali w swych zamierzeniach – intuicyjnie, a z czasem w pełni świadomie zdać się musimy na siły większe, niż tylko ludzkie. Boga przyzywając na świadka swych pragnień, w Nim upatrując ich pierwotnej przyczyny i źródła, i Jemu zawierzając tę najważniejszą dla naszego być-albo-nie-być sprawę. A zatem, ufając ostatecznie, że udzieli nam owego geniuszu miłości – anioła wszechpotężnego, opiekuna i stróża naszych słusznych pragnień, posłannika łaski królewskiej – oboje zaprosiliśmy tego Boskiego gościa do naszego życia i pozostając wiernymi sobie nawzajem i jego towarzystwu, możemy cieszyć się życiem, którego tak pragnęliśmy. 

Pamiętam, że gdy byłam mała, moja droga Mamusia opowiadała mi czasem o takiej miłości na całe życie i na wieczność. Wiernej i cierpliwej, przebaczającej, ale też namiętnej, zazdrosnej, gwałtownej i zachłannej. Lubiłam jej wtedy słuchać. Opowiadała z głębi pragnień i tęsknot swego nadwrażliwego serca. Myślę, że żyła i kochała w ten sposób, choć głębia i siła jej uczucia nie znalazła równie szlachetnej i szalonej odpowiedzi w sercu ojca. Mimo to jednak kochała go najpiękniej jak umiała. Była łagodna i czuła, urocza i romantyczna, troskliwa. Ale widziałam też inne oblicza jej miłości: zazdrosne i gwałtowne, niezłomne i silne. Wycierpiała z powodu ojca tak wiele, wciąż pozostając wierną, uśmiechniętą i pełną nadziei. Doznane krzywdy i zdrady nie złamały jej gorącego serca, choć poraniły je do głębi. 

Czy to jej długie monologi zrodziły we mnie owe pierwsze, dziecięce marzenia o tak potężnym uczuciu, czy może raczej jedynie rozbudzały to, co było we mnie złożone od początku i dlatego z takim zaciekawienim słuchałam podobnych opowieści? Ten ogień. Jakby moja dusza była utkana w jego tajemnicy. Wciąż szukałam jego śladów, podążając właściwym tropem, zupełnie insynktownie, choć najpewniej – zawsze prowadzona. Fascynował mnie od dziecka obraz serca płonącego, wyraziście czerwonego, krwawiącego jakby w miłosnej rozkoszy. Wiesz, że jako mała dziewczynka chciałam takie serce ukraść z bocznego ołtarza w kościele i planowałam to rzeczywiście zrobić. Malowałam to serce w zeszytach. Wyodrębniałam je z ciała na swoich rysunkach. Chciałam trzymać je w ręce. Pisałam opowiadania, w których wciąż powracałam do tych samych motywów: serca, krwi, ognia. Wszystkie notatki z tamtego czasu, pierwsze fotografie, które tworzyłam… Wciąż wokół tego samego. Zbliżanie się do ognia. Ognia ujętego w kontekście serca i krwi. 

Głęboko wierzę w to, że każdy z nas coś podobnego mógłby w swoim życiu zauważyć i prześledzić. Może niekoniecznie będzie to konkretny symbol, a bardziej jakiś intuicyjny motyw przewodni. Ale chodzi o odkrycie tej tajemniczej, a jednocześnie bardzo konkretnej iskry. Iskry, która rozpala nasze życie i w swoim świetle pozwala dostrzec ukryty w tym życiu sens. Sens absolutnie niepowtarzalny. 

Ty i ja mamy swoje bardzo konkretne powołania. Znajdują one swój wyraz choćby w predykatach zakonnych, które sobie wybraliśmy – podążając za przeczuciem tych tajemnic, których sens dla każdego z nas z osobna ujawnia powoli życie. 

K. od Płomiennego Serca i Krwi Jezusa. 
R. od Maryi Gwiazdy Morza.

Wiesz, gdy czytaliśmy niedawno w Breviarium mit o Leandrze i Hero, pomyślałam o nas. Ileż zadziwiających podobieństw, których nie jestem w stanie oddać słowami, może dlatego, że ich miejsce nie jest w materii słów, ale w nienazywalnym duchu tej opowieści. Myślę szczególnie o żywiołach, które są tam bardzo znaczące i które również nam w jakimś sensie stale towarzyszą. Ogień i woda. Tak, od bardzo dawna widzę Cię tym właśnie żywiołem. Nie myślę jednak tylko o morskiej wodzie, strumieniu, gwałtownych falach i cichej, delikatnej, spokojnej toni. Na myśl przychodzi mi coś jeszcze: oblicze wody odbite w nieboskłonie. Gdy jest się na dalekim oceanie i nic nie widać na horyzoncie, do głosu dochodzi właśnie to podobieństwo. I można się w tym widoku z pewnością zatracić. A teraz posłuchaj raz jeszcze niektórych fragmentów mitu:

Leander do Hero:

“Te słowa albo całkiem podobne mówiłem,
płynąc przez chętne wody ruchomym mym posłuszne,
a fale promieniały odbiciem księżyca
i blask dni pośród cichej nocy zapanował.
Nie docierał do uszu żaden głos, szept żaden
prócz fal pomruku moim ciałem roztrącanych.

(…)

Ramiona aż do barków miałem już zmęczone,
wydźwignąłem się z trudem na spiętrzone wody.
W dali dostrzegłem światło: Mój ogień w nim płonie
rzekłem. – Na tym wybrzeżu mieszka moje bóstwo.
Nagle siły wróciły do znużonych ramion,
fala zdała się miększa niż była naprawdę.
Nie mógłbym poczuć chłodu lodowatej głębi –
zwyciężyła go miłość, płonąc w sercu żarem.

(…)

Gdy mogłaś mnie już dostrzec, natychmiast spojrzeniem
ducha dodajesz, sprawiasz, że nabieram siły.

(…)

Objęłaś mnie i w szczęściu złączyły się usta –
usta godne, bogowie, przeprawy przez morze.
Otuliłaś mnie płaszczem zdjętym z własnych ramion,
suszysz włosy od morskiej wody zwilgotniałe.
Resztę zna noc, my oraz wieża – powierniczka
i światło, które wiodło mnie drogą przez morze.
Trudniej byłoby zliczyć tej nocy rozkosze
niż algi pływające w cieśninie Hellespont.
Im krótszy czas nam dano na kradzioną miłość,
tym bardziej staraliśmy się go wykorzystać.

(…)

Rozstaliśmy się, płacząc. Wchodzę w toń dziewiczą,
patrząc na moją panią tak długo, jak mogłem.
Kto uwierzy, że kiedy zmierzałem do ciebie,
byłem pływakiem, w drodze powrotnej – rozbitkiem.

(…)

Już wolałbym przebywać hen, na krańcu świata,
daleko od mej pani oraz od nadziei.
Gdy jesteś bliżej, płomień tym bardziej mnie parzy –
nie zawsze jesteś przy mnie, a nadzieja zawsze.
Niemal dotykam dłonią kochankę (tak bliską!),
lecz to niemal zbyt często, och, łzy wywołuje.
To jakby chcieć dosięgnąć owoc, co umyka,
uciekający strumień wciąż ścigać ustami.”

Hero do Leandra:

“Nieszczęsna! Chcę odradzić, do czego zachęcam.
Błagam cię, bądź silniejszy od moich poleceń.
Tylko przybądź i połóż na moich ramionach
zmęczone ręce, często przez fale chłostane.
Ilekroć się obracam ku błękitnym toniom,
moje serce przenika chłód nieznanej trwogi.

(…)

Osłabłe fale niosą nadzieję na spokój,
wtedy łagodną drogę bezpiecznie wyznaczysz.
Cieśnina dla pływaka jest teraz zamknięta,
niech więc ten list nienawistne czekanie złagodzi.”

[Owidiusz, Heroidy; fragmenty z listu XVIII i XIX]

Hero czeka nocą na swego ukochanego na wieży. Trzyma zapaloną pochodnię (lub rozpala ogień), by wiedział, w którą stronę płynąć. Kocha go, pragnie, wyczekuje. Jest w tym uczuciu tak wiele pasji i spalającej tęsknoty, ale jest coś jeszcze. Leander, prowadzony ogniem jej szczerej miłości, musi pokonać nocne, często wzburzone wody. W głębszym sensie może zmaga się z jakąś mroczną stroną potężnego uczucia, z niedojrzałością jej duszy, jakimś rodzajem dziecinności, z której jeszcze nie wyrosła. Jego cierpliwe zmagania, zdobywanie jej i kochanie, wytężone do granic ludzkich sił zmierzanie ku niej, naznaczone jest groźbą cierpienia, a nawet śmierci. Czasem wydaje mi się, gdy wmyślam się w ten mit (oraz w nasze życie), że ten płomień jej serca przestaje być w końcu widoczny dla niego, gdyż udaje się nocy i wiatrom (a więc jakimś siłom zewnętrznym, wykorzystującym  niedojrzałość i niegotowość Hero) sprawić, że traci on orientacje i ginie. Jak wiemy, Hero, widząc rankiem jego martwe ciało wyrzucone na brzeg, rzuca się z wieży i umiera tuż obok niego. 

Kochany mój Mężu, myśląc o naszej przeszłości, pełnej również tego, co mroczne i bolesne (bo jak wiele krwi ja z Ciebie utoczyłam, to Bóg jeden tylko wie), mam przekonanie, że ten płomień, ku któremu lgnąłeś i który tak ukochałeś, również i dla Ciebie mógł w końcu stać się niewidoczny, a może nawet, mój Boże, mógł zgasnąć. I to z mojej winy, Kochany, ale może także pod wpływem sił, które wiemy przecież, że są na tym świecie. I mogłam Ciebie stracić. Zatracić w niemiłosiernych otchłaniach. Jednak w naszym życiu stare mity zostały przełamane. Oświetlone i przeniknięte “mitem, który stał się faktem”, jak pisał Lewis. Mitem, który był spełnieniem tego, co inne opowieści próbowały tylko częściowo wyrazić. Najpełniejszym i najdroższym, bo jedynie i zawsze-Prawdziwym. A zatem… to, co w dawnych opowieściach skazane było na klęskę, mogło dzięki Łasce odnieść w naszym życiu pełne zwycięstwo. Tak właśnie widzę nas, maleńkich, w tej głębokiej i wielkiej opowieści.

Bliskość i oddanie

Pamiętasz, Kochany, te długie, upalne popołudnia w parku Jordana, które spędzaliśmy leżąc na kocu pod starymi dębami i czytając sobie na głos wiersze Wojaczka, albo fragmenty książek Stachury? Gdy pod wieczór musieliśmy wracać, każde do swego domu… Do późnych godzin, przejęci tęsknotą i pragnieniem, którego żaden dzień i żadna noc nie mogły zaspokoić – w gorącej ciemności pisaliśmy do siebie długie listy i pierwsze, dziecięco szczere wiersze. Zawsze tak wyrozumiale wolno płynął dla nas czas, w którym mieliśmy nawzajem w swoich rękach nasze ciała i dusze. Jeszcze bardzo płochliwi wtedy, wyczuleni do granic zmysłów na najmniejsze drgnienie i oddech, byliśmy tak uroczo zakłopotani coraz śmielszymi impulsami, które rodziły obietnice, ukazujące nam na horyzoncie wciąż nowe obszary i dopomagające je niespiesznie zdobywać. Pocałunek po pocałunku.

Ostatnio często zdarza mi się wracać pamięcią do tamtego wieczoru, może nawet wczesnej nocy, gdy niespodziewanie zaprowadziłeś mnie do kościoła. Byłam zdziwiona, że o takiej porze drzwi były otwarte. Ale o tym wiedziałeś tylko Ty i ksiądz, który wyświadczył Ci w tajemnicy tę przysługę. W środku nie paliły się żadne światła, oprócz czerwonej lampki przy tabernakulum. Usiedliśmy na podłodze w głównej nawie, niedaleko ołtarza. Siedząc po turecku naprzeciwko mnie zacząłeś rozkładać na posadzce jakieś niewielkie przedmioty. Może zapaliłeś świeczkę, nie pamiętam dokładnie. Noszę w sobie to wspomnienie jako pojedynczy, scalony obraz: dwoje zakochanych w sobie do szaleństwa nastolatków, którymi wtedy byliśmy, czerwone światło z tabernakulum, jakiś tajemniczy płomień między nami, obrączka zaręczynowa, którą wsunąłeś na mój palec, a także gorąca krew, którą dwoma cięciami żyletki wydobyłeś z naszych nadgarstków, byśmy mogli się w ten sposób połączyć i przypieczętować naszą Obietnicę przed sobą i Bogiem. Myślę, że wszyscy troje traktowaliśmy to śmiertelnie poważnie. Ani przez moment nie wątpiłam w to, że od początku byliśmy dla-siebie-w-Nim. Ja to po prostu wiedziałam, odkąd pierwszy raz ujrzałam Cię w zalążkach owej dziecięcej jeszcze wizji o miłości jedynej i wiecznej. I potem, gdy pierwszy raz Cię spotkałam na osiedlu – chciałam jak najprędzej być już Twoja. Wierzę, że te pełne poezji i piękna chwile, które przeżywaliśmy – czasem świadomie sami je kreując, czerpiąc przy tym garściami z romantycznej imaginacji, która wspólna jest nam obojgu – zawdzięczamy owemu geniuszowi miłości, który został do nas w odpowiednim momencie posłany, a może podarowany nam został jeszcze wcześniej, w momencie, w którym  poczynaliśmy się w czasie? 

Od samego początku, gdy Cię poznawałam, poruszał i zachwycał mnie niepowtarzalny rodzaj chłopięcej, niewinnej i szlachetnej romantyczności, która przejawia się na co dzień w Twoich najróżniejszych mikro-gestach i spojrzeniach. Troska, z jaką czuwasz, by w moim kubeczku była zawsze gorąca herbata lub kawa, albo z jaką przesuwasz i układasz różne przedmioty na moim biurku, by było mi wygodniej po nie sięgać. Sposób, w jaki na mnie patrzysz i śledzisz badawczo moje ruchy, uprzedzając często moje potrzeby. Naturalność, z jaką w ciągu dnia kiedy tylko możesz podchodzisz do mnie, byśmy mogli chociaż krótko musnąć się buziami. Ostrożność, z jaką zakładasz mi pasemka włosów za ucho i całujesz w policzek. Instynkt opiekuńczości, z jakim szukasz mojej małej dłoni, by jak najczęściej trzymać ją w swojej – większej i silniejszej, o cudownie smukłych palcach. Ich lekkie drżenie, kiedy mnie rozbierasz. Zdecydowanie, z jakim sadzasz mnie sobie na kolanach, odgarniasz włosy z szyi i całujesz. Śmiałość, z jaką wsłuchujesz się w moje pragnienia. Delikatność, z jaką dajesz mi znać o tym, czego Ty pragniesz ode mnie. 

(…)

Uwielbiam być z Tobą blisko. (…) Twoje płynne, miarowe ruchy, jak fale cieśniny Hellespont nacierają na brzeg, spoczywającą na nim otwartą wieżę i  płomień, który się w niej zawsze dla Ciebie pali.

Podarowałeś mi wszystko, co tylko mężczyzna dać może kobiecie, która nieodwołalnie składa swoje życie w jego rękach: siebie kochającego i dobrego. W całym człowieczym dostojeństwie i zarazem w absolutnie niepowtarzalnym stylu.

A śmierć? Och, dopomóż mi Boże! I cóż, że śmierć, jeśli miłością wypróbowani i nasyceni, spacerujemy już po przedsionkach nieba?

Oddana Ci na zawsze w Bogu –

Żona – Twój kochający Cię płomyk