Zimowe dzieje pewnych sanek
(czyli trochę słów o nowej opowieści)
Zima tego roku była mroźna i śnieżna. Tak, śnieg sypał długo i przykrył ziemię solidną warstwą ciężkiej, majestatycznej bieli. Mróz skuł nasz ogród w nieruchomocichym obrazie. Ptaki także w nim milczały. Mówię, jak było tu u nas, na południu kraju, gdzieś na przedpolu Karpat. Podczas tych długich, cudownych tygodni słuchałam na okrągło płyt Nilsa Frahma. Nastrój wzmagał się, powoli przybierał na intensywności, ogarniał mnie całą i rozpalał. Wieczory spędzaliśmy właśnie w ten sposób: leżąc na plecach obok siebie w wielkim łóżku, trzymając się za dłonie i słuchając hipnotyzujących dźwięków niemieckiej muzyki. Wpatrzeni wspólnie w miękki mrok wypełniający sypialnię, odpoczywaliśmy w harmonijnej bliskości. Poprzez dźwięki i ciszę pomiędzy nimi wędrowaliśmy w nowe obszary rozciągnięte we wnętrzu, w nieodkrytą dotąd krainę. W kolejnych dniach na bieżąco zapisywałam i fotografowałam to, jak owa kraina mi się ujawniała: w atmosferze pierwszego zimowego poranka, w mrowiącym w całym ciele odczuciu tajemnicy i jej łagodnego przynaglania. A potem coraz szczegółowiej: w czerwieni metalowych płóz od starych sanek pamiętających jeszcze moje dzieciństwo, w odgłosach kroków na śniegu i w towarzystwie Luny, czarnej suczki, która w tym czasie zamieszkała z nami. Tworzenie opowieści wiązało się z nieustannym czuwaniem i uważnością na nastrój, jaki wyłaniał się z dźwięków i obrazów tamtych dni. Było to cierpliwe i niestrudzone, intuicyjne rozplątywanie kolejnych świetlistych nici wrażeń, odczuć i bezsłownych znaczeń oraz próba ponownego łączenia ich ze sobą, tkania już to własnego wzoru. Był to z pewnością rodzaj twórczej improwizacji, intencjonalnie nakierowanej jednak na poszukiwanie rdzenia życia. Towarzyszyła jej radość z ujawniających się połączeń i sensów, które najczęściej jednak wymykały się intelektowi, ale były czytelne dla serca i rozpoznawane głębiej.
Opowieść prowadziła mnie sama w nieznane. Ale czy jedynie o wędrówkę przed siebie tu szło? Był tam przecież jeszcze ktoś, za kim podążała jak we śnie moja mała bohaterka i jej czarny jak węgiel szczeniak. Ów nieznajomy wyłonił się niespodziewanie z krajobrazu zimowych pól. Lekko przygarbiona postać Biednego Pana, który przykuł uwagę dziecka. Szedł bardzo powoli, ciągnąc za sobą stary wózek z różnymi szpejami, które wydawały dźwięki i mieniły się kolorami. Może bezdomny albo szaleniec jakiś, jurodiwy? Może Bóg sam pośród porannego światła i bieli powrócił jak każdego dnia do swego, a swoi – jak od zawsze to już jest – nie przyjęli Go. Nieważne. Po prostu Biedny Pan z wózkiem pośród zimowego krajobrazu. Zatem trzeba na moment przerwać dobrą zabawę w zjeżdżanie na sankach, otrzepać kolana ze śniegu, zejść z góry i przyjrzeć mu się uważniej. Może spróbować przez jakiś czas go śledzić, sprawdzić, dokąd idzie albo gdzie pomieszkuje. Dowiedzieć się, co tam wiezie ze sobą, jakie skarby tak dzwonią, stukają i szeleszczą. Zobaczyć, jakie ma oczy. Usłyszeć, może coś powie. Pokazać mu Lunę i sanki, które zrobił dziadek.
Tak właśnie prowadzi opowieść. Krajobraz jednak co jakiś czas ulega przeobrażeniom, czasem bardzo gwałtownym. Z cichej i pięknej zimowej aury potrafi nagle wzmóc się gwałtowny wiatr, zmieniając szybko w śnieżną zamieć i burzę. Rozległe, puste i łagodne tereny niepostrzeżenie podprowadzają pod granicę gęstego lasu, w który trzeba wejść, by móc kontynuować podróż. Można w takich chwilach, we mgle albo zimowej zawiei, stracić Biednego Pana z oczu. Czasem na bardzo długo, tak długo, aż w końcu robi się strasznie samotnie w środku. I całe ciało zaczyna drżeć ze strachu. Chciałoby się zawrócić, ale droga zaprowadziła już tak daleko, że nie wiadomo, z której właściwie strony się przyszło. Wiatr zaciera ślady na śniegu. Trzeba odnaleźć Biednego Pana. Znowu wpaść na jego trop. Usłyszeć z daleka radosne dźwięki dobywające się z jego wózka i przylgnąć do jego milczącej obecności. Po prostu iść dalej za nim. Razem słuchać odgłosów własnych kroków, szelestu ptaków na niebie, jakiegoś przenikliwego szczekania i wycia w oddali. I w pewnym momencie, niewiadomo kiedy, zauważa się, że Biedny Pan właśnie zatrzymał się na skraju lasu, zdążył wyciągnąć z wózka mały taboret, jakieś suche gałązki i rozpalić ognisko. I wtedy można podejść całkiem blisko. Twarzą w twarz. W świetle ognia patrzeć sobie w oczy. Uśmiechać się albo popłakać sobie ze zmęczenia. I nie mówić nic, bo wszystko jest wiadome. Oczywiste. Od zawsze takie było i będzie. Byle on był blisko, prowadził, rozpalał ognisko, dawał jeść i uśmiechał się. A potem znów w drogę. Trzeba iść. A na tej drodze, niewiadomo dlaczego, nagle robi się coraz niespokojniej. Jakieś przeczucia dopadają. Lęk i pokusa, by obejrzeć się za siebie. Szelesty i oddechy. Nawoływania z głębi czy z oddali. Niewiadomo dokładnie, skąd. Ale są tak mocne i przeszywające. I w jednej chwili znów traci się go z oczu, akurat wtedy, gdy wokół sfora czarnych psów. Dyszących bestii wilczego rodu. I co teraz, dokąd uciekać, gdzie się schronić? A może to tylko ponure wrażenie? Jakieś wspomnienie, które niewiadomo dlaczego dochodzi do głosu i krzyczy w środku, nie daje spokoju, męczy. Otwarta, niezagojona rana. Nie ma przed nią ucieczki. Dochodzi się aż do muru.
Mur. Tu właśnie zapędzają nas czarne, szczekające wniebogłosy psy. I kiedy już nic można zrobić, uchyla się brama. I wychodzi przez nią Skromna Pani, która trzyma w ręku pochodnię i przepędza jasnym płomieniem dzikie bestie. Nie bój się, już nic się nie bój, powtarza. I człowieka opuszcza strach. Nagle robi się zupełnie cicho. Słychać opadające na ziemię płatki śniegu i bicie własnego serca. A Pani zaprasza do środka. Można wejść. To jej Zimowy Ogród, tajemnicza Osada, pośrodku której płonie Wielkim Ogniem drzewo. A wokół bawią się dzieci, podobne nam. Chwytają w dłonie małe płomyki, które zrywają jak dojrzałe owoce z drzewa, i tańczą z nimi w ciszy zapadającego zimowego wieczoru. Tańczą i śmieją się. Jest im ciepło.


