czekamy

ptaszkowie

Szalik

Zbliżamy się powoli do niewielkiej beskidzkiej wioski. Nigdy wcześniej tu nie byliśmy i właściwie nic żeśmy o niej nie słyszeli, ale już sama nazwa wybrzmiewała zachęcająco, więc poddałam myśl, żeby tu jak najprędzej przyjechać. Przeczucie nie myliło mnie. A więc opowieść znów nas wciąga, sama wychodzi nam na przeciw, żywa i niesamowita. Zręcznie uchyla grubą zimową kotarę i wpuszcza nas do środka, w swoje rozchodzące się w czasie nieskończone kręgi. I oto jesteśmy: uwiedzeni jej czarem, do głębi przejęci i zaangażowani. Uważni na każde poruszenie, a jednocześnie jakby zapadnięci w jakiś rodzaj sennej niemocy. Poddający się nurtowi, który nas wciąga. Maleńcy tacy i bezbronni, jesteśmy tu: w Wilczyszczu, Wilczniku, w Wilczych Nocach. Pozwolę sobie nieco zmylić trop i utrzymać tajemnicę naszego położenia. Te cudowne sprawy mogą wydarzyć się gdziekolwiek, jeśli same tak zechcą. Nam właśnie w ten sposób się przydarzyły, uruchamiając nieznane dotąd i dzikie obszary naszego serca. Ale tego nie da się powtórzyć, wyczarować samemu sobie. Prawdziwe dary są niepowtarzalne. Spróbuję o tym opowiedzieć, teraz, nim stopnieje śnieg i zetrze resztki śladów, które zostawiliśmy na Wilczym Wzgórzu. Wracam więc do początku naszej podróży, którą odbywamy jak zawsze we dwoje. Prowadzisz, ale przez większość drogi trzymasz wolną rękę na mojej. Głaskamy się nieśpiesznie, czułymi, okrężnymi ruchami. Za lekko zaparowaną szybą samochodu jest szaro i mroźnie. Widzisz?, pytam cię, przerywając tylko na moment ciepłą ciszę między nami. Niekiedy wydaje się, że przez chmury zwisające ciężko nad grzbietami gór, przebijają jakieś zamglone, pojedyncze promienie słońca. Nic nie odpowiadasz, ale ja wiem, że się uśmiechasz. Pogoda nam dziś sprzyja, oboje to przeczuwamy. Też się uśmiecham i drugą dłonią przykrywam wierzch twojej, tej, którą mnie głaszczesz. Próbuję schować cię w sobie, ale to ty jesteś większy, więc po chwili przekomarzania to ja ukrywam się w tobie. Jak dobrze mi tu. Z tobą. Trzymając się za ręce od kilku godzin coraz głębiej wnikamy w krajobraz. Powoli, oddalając od siebie zbyteczne myśli, organicznie się przeobrażamy. Całymi sobą wczuwamy się w nagie życie – to, które teraz tak gorączkowo intensywnieje w środku nas i na wyciągnięcie ręki ścieli się tuż przed nami: pod lodowatym śniegiem ujawniając potężne ciało gór, które oczarowują nasze zmysły. Czuję, że robi mi się coraz bardziej gorąco. To z wrażenia tak drżą mi kolana i ręce. Dreszcz, jeden po drugim, przechodzi mnie całą. Och, czy to już, czy jesteśmy wreszcie na miejscu? Tak, w końcu docieramy. Wąską, nieodśnieżoną drogą udaje nam się podjechać dosyć wysoko, prawie pod sam szczyt, do którego od samego rana, godzina za godziną, zmierzamy. W pewnym momencie przed maskę samochodu wybiega niewielki, kudłaty pies. Tubylec, stróż tego miejsca, a może sam gospodarz. Dłuższą chwilę biegnie przed nami, ale bez pośpiechu, jakby sam nas prowadził i zatrzymuje się w miejscu, gdzie posłusznie parkujemy. Wysiadam i witamy się. Chwila pieszczot, ale nie za długa, bo zdaje się, jesteśmy proszeni o pośpiech. Pies odbiega nieco w kierunku ledwo widocznej, zaśnieżonej ścieżki prowadzącej ku szczytowi, i zerka na nas, czy idziemy za nim. Prędzej, prędzej – nerwowo merda ogonem. A więc byliśmy oczekiwani? W plecaku mam aparat i termos z gorącą herbatą, jesteśmy zatem gotowi. Wyruszamy. Wspinamy się powoli tuż za naszym psim przewodnikiem. Ile możesz mieć lat?, pytam go. Zwierzak dość żwawo się porusza, to wyprzedza nas o dobrych kilka metrów pod górę, to znów zbiega w naszą stronę, łasi się i skacze do kolan, ale wokół pyska dostrzegam sporo siwej sierści. A może to mróz tak na nim osiadł, nie jestem pewna. Podążamy przez zimowe zaspy. Jest naprawdę zimno, słońce wciąż schowane za chmurami. Gdy docieramy na szczyt, czuję po stopach, że jestem już porządnie zmarznięta. Ale to nic. Stajemy przed wielkim pomnikiem w kształcie krzyża. Wcale mi się nie podoba, więc skupiam wzrok na rozciągającej się z tego miejsca rozległej, zimowej panoramie. Jesteś tu?, pytam w dal. Cisza. Prowadź mnie, mówię do Niego. Mówię tak samo, jak bohaterka mojej opowieści. I podobnie jak ona pragnę dać Mu się poprowadzić. Ty zostajesz w punkcie widokowym. Przeczuwasz, że odtąd powinnam już iść sama. Sama z Dyszkiem. Tak nazwałam naszego psiego przewodnika. Trochę jednak zdyszał się biegając wte i wewte pod górę, i pokonując olbrzymie zaspy swoim niewielkim psim ciałem. Dyszek biegnie przodem, zupełnie jak Luna przed bohaterką mojej opowieści. No chodź, chodź już, szczeka na mnie. Idę, Dyszek, idę – odpowiadam mu. Ale w istocie prowadzi nas ktoś Inny. A może przeczucie Innego, za którym muszę podążać sama, jak mała bohaterka opowieści, którą piszę. Brnąc w śniegu po kolana znów jestem dzieckiem. Twoim dzieckiem. A Ty? Gdzie się ukryłeś, no gdzie, w tej czystej, nietkniętej niczyją stopą bieli? W tym potężnym milczącym krajobrazie. W kryształowym, siarczyście lodowatym powietrzu, którym z trudem oddycham. Słyszę już tylko swoje własne kroki w głębokim śniegu. Dyszek odbiegł daleko do przodu. Nie pozwala mi się zatrzymać i odpocząć. Pogania mnie. Idę, już idę za tobą. Za Tobą. Słońce wreszcie przebija się przez chmury. Wysoko nad naszymi głowami słyszę przelatujące stado ptaków. Lecą i lecą, jest ich całe mnóstwo. Tak głośno trzepoczą, głośniej niż uderza mi serce pompując krew na siarczystym mrozie. Instynktownie wyobrażam sobie ich mocne, czarne skrzydła i cienie, które zostawiają ślady na śniegu i na moim ciele. Ptaki znaczą mnie, jak swoją. Okrążają, a potem znów zmierzają przed siebie. Zaczynam biec. Biegnę, biegnę tam, gdzie one lecą i gdzie biegnie Dyszek. Nie mogę złapać tchu. Poczekajcie na mnie!, wołam. I nagle gwałtownie zatrzymuję się. Och, ale co to za drzewo? Zupełnie samotne. Tak pośrodku, tutaj. W pustej białej przestrzeni. Na mrozie. Jakie rozłożyste i piękne. Grubo pokryte szadzią. Ale co ja widzę pod nim? Niemożliwe. To jest krzyż. Tu jest wielki krzyż. Ale jak to w ogóle możliwe? Drugi krzyż? Jaki wspaniały, cały z ciemnego drewna. Dużo piękniejszy, niż ten, pod który najpierw dotarliśmy. Musi być stary, może starszy niż to drzewo. A na krzyżu wisi On. Twarz ma pokrytą mrozem. A może jest już tak bardzo stary. Tak, bardzo stary i zmęczony, i chyba cierpiący. Widzisz mnie?, mówię do Niego. Jechałam tu, szłam, a potem biegłam. Jestem. Przyprowadził mnie do Ciebie Dyszek. A może był to zimny, styczniowy wiatr. Twój bolesny oddech z krzyża. Co chciałeś mi pokazać? Nic nie powiesz, prawda? Ale ja powiem za Ciebie. Opowiem tę historię w Twoim imieniu. Opowiem o dziewczynce, która Cię znalazła i zostawiła szalik na Twojej umęczonej, zmarzniętej na śmierć szyi. Otuliła Cię nim, bo nic więcej nie mogła zrobić na tym samotnym wzgórzu. Zupełnie sama z Tobą. Co więcej mogła zrobić? Pośród tych cudownie ośnieżonych widoków. W tej ciszy zupełnej, w której słyszy się tylko swój oddech. Życie w sobie. A to znaczy: Ciebie. Znaczy? Ależ nie, ona nie musi więcej już nic rozumieć, nadwyrężać sił w poszukiwaniu znaczeń. Ona Cię przeżywa. Żyje Tobą w tej ciszy przed słowem, gdzie wszystko jest jeszcze możliwe. Odnajduje Cię w swojej maleńkości ukrytej pośród rozległego zimowego krajobrazu, na gorącym szczycie swojego serca. W cichej, bezpośredniej jedności własnego bycia z tym wielkim i potężnym nastrojem ogromnego wszechświata.