czekamy

ptaszkowie

Pałace lodowe

Dalekie, zimowe echo opowieści, którą czytałam, przez jakieś dobrze ukryte nieszczelności w strukturze świata niepostrzeżenie wnikało do rzeczywistości: mojej, naszej, a nawet jak okazało się przed kilkoma dniami – także cudzej. Tu odnalazło dla siebie jeszcze potężniejszy głos, piekielny i dziki. O mały włos, o mały włos, a to mnie lodowy pałac na wieki wciągnąłby w labirynty pustych komnat, w śmiertelną wędrówkę hipnotycznych urojeń. A przecież znam już trochę tę zniewalającą bez reszty niby-grę w zapętlanie sobie w głowie odwróconych sensów, prowadzącą przez ciasne przejścia, z których jak się zdaje, nie ma już powrotu. Nie ma ramion, do których można wrócić. Nie ma domu, w którym jest ciepło. Jest jedynie ślepe brnięcie naprzód przez lodowe, ponure komnaty. Napierająca zewsząd matowa pustka. Perwersyjna intensywność samotności. A przecież mogłam zawczasu zwolnić, wykazać się większą ostrożnością i rozbroić to jednym tylko uśmiechem. Tyle by wystarczyło: kierując uwagę choćby na chwilę ku życiu, złagodnieć. Gra jednak już się toczyła. Oboje wiedzieliśmy dobrze, co się święci. Jakie demony przedostały się szczelinami, dokąd będą nas ciągały i z jaką rozkoszą zobaczą nas wreszcie rozdzielonymi. Ich wstrząsające wrzaski i odgłosy. Nawoływania. Dałam wyprowadzić się z domu, z Twoich bezradnych, pochylonych ramion. Podążyłam za ciemnym Zwiastunem nieuchronnego. Szłam i słuchałam, co mówił. A mówił bez przerwy. Wciągał w coś nieznanego i potwornego. Po drodze kilka razy zmieniał kierunki i zamiary, szarpał za ramię, nie odstępował na krok. Patrzył mi prosto w oczy i upewniał się, czy jestem cała w jego podnieconym dążeniu. Gdzie byłam, na co patrzyłam, co odczuwałam? Tylko przeszywające, siarczyste zimno. W nim byłam, na nie patrzyłam i ono mnie całą paliło. Przez zimowy las niosłam ten mroźny, skuwający duszę ogień, a nigdzie przede mną nie było końca tej drogi. Zapadałam się coraz głębiej w jakimś śmiertelnym dążeniu, które tylko szukało dla siebie odpowiedniej formy i rekwizytu. W głowie dudniło echo przejeżdżających tuż obok pociągów. Dudniło dalekie, zimowe echo opowieści, którą czytałam z początkiem roku. Co sprawia, Kochany, że zataczając się tak przez potworne, wielkie godziny, w gęstych pomrokach świadomości, ocieramy się w końcu o ukryty w ciężkich zaspach złocisty kłos nadziei? Że niespodziewanie znajdujemy w sobie jakąś żywą iskrę, zdolną rozpalić wolę do powrotu, nadać odpowiedni kierunek nadludzkiemu wysiłkowi serca. O tak, światło tej iskry swą łagodnością przezwycięża mur piekielnych płomieni, przetapia śniegi w rześkie strumienie, przygotowując drogę rozśpiewanym Zwiastunom wiosny. Światło tej iskry zwraca mnie Twoim ramionom. Ileż razy już zwracało – niezmordowane w kochaniu i przebaczaniu. Jak Ty… jak Ty, Najdroższy mój Mężu. Ale, to przecież nie koniec, bo wiemy już, że kilka dni później, w pobliżu innej nieszczelności w strukturze świata, gdzieś we wschodniej części kraju, kończą się poszukiwania kogoś, kto już nie wróci do ciepłego domu, kogo nie pochwycą inne, bezpieczne ramiona. Kogoś, kto zamarzł nocą w zimowym lesie na śmierć. Kogo pochłonęły lodowate płomienie, tak podobne do tych, które jak smoliste psy kąsały w drodze moją duszę. 

Straszna Tajemnico, niech ocali nas wszystkich Twoja miłość. 
Teraz, ale i w godzinę śmierci. I w pierwszym oddechu po niej.