Żywe ciało nocy. Lśni czarno jego gruba, zwierzęca sierść. Za oknem grudniowa zamieć. Jej siłę ujawnia teraz jedynie migoczące światło przydrożnej latarni, które dobiega do nas od wschodniej strony. Światło drży. Światło zmaga się z naporem burzliwej nocy. Jej szkliste odłamki tną powietrze i dzwonią o parapet. Ciemna pieśń zawodzi przeciągle w gardle komina. Zwodzi nas, wypróbowuje, kusi. Kolejne fale dreszczu raz po raz przebiegają przez oblodzony ogród, wstrząsają nisko pochylonymi brzozami, łamią korony starych wiązów. Ściszam muzykę fortepianu. Słyszysz?, w pustych pokojach skrzypi podłoga, trzaska suche drewno. Nie bój się, odpowiadasz mi. Chodź tu, chodź do mnie, mówisz przyciszonym głosem. Słyszę cię. Słyszę teraz tylko twój miękki głos. W śnieżnej zamieci podążam za nim. Posłusznie idę, zwinnie wsuwam się pod koc. Tu jest spokój. Silna ręka gładzi mnie po włosach. Ty i ja jesteśmy bezpieczni, ukryci dobrze w ciepłym mroku nagrzanego domu. Leżymy obok siebie. Twoje oczy patrzą łagodnie. Na łóżku ukrytym w rogu pokoju, między tobą i mną jest zupełnie cicho. Zamknij teraz oczy, mówisz, i zobacz, jak podnoszą się płomienie. Oddal lęk, pozwól – niech zapłoną. Dobrze, tak jest dobrze. Tak, mówię, i czekam nieporuszona na twój ruch. Widzisz, jak drżę w zakłopotaniu. Stopniowo jednak poddaję się urzeczeniu. Oddaję się w silne ramiona. Powierzam tobie. Na krótką chwilę rozluźniasz uścisk i fale włosów pochwyconych w twoją garść, spływają na prześcieradło. Układasz mnie na nich. A potem siebie. Pozwalasz nam zatonąć. Opadamy miękko w zimową noc. Deliciae meae. Venustas tua. Przesuwasz dłoń po mojej twarzy, sprawdzasz, czy pod powiekami widzę, jak skrzy się i lśni. Jak migocze we wnętrzu czerwona krew serca. Teraz burzy się, płonie, przelewa i najczulszym gwałtem zdobywa nasz ogród. Roztapia lód, zaklina burze, w płomieniach podnosi ku niebu ośnieżone korony drzew. Białym światłem zagarnia dla siebie czarną noc. Oślepiona otwieram oczy i spotykam twój wzrok. Widzę przez ciebie: małe iskrzące wiązki energii zostawiają w powietrzu ogniste smugi nawet po tej stronie nocy. Pod twoją rozpłomienioną twarzą odkrywam na nowo swój kształt. Gorący miąższ życia. Czujesz?, pytam. Coś niewiadomego w drodze od ciebie ku mnie. Od nieba do nas. Na zimowym ołtarzu nasze nagie serca w ramionach krzyża. Utrzymajmy tę tajemnicę, wytrzymajmy ją – szepczesz. Wciąż widzę płomienie: gdy noc oddycha, pływają spokojnie na lodowych krach po wielkim jeziorze.

