Zakwitły fioletowe malwy, żółte rudbekie i purpurowe, okazałe jeżówki. Przez ostatnie wieczory przygotowywałam mały kwietny ogródek pod kapliczkę dla św. Józefa, którą postanowiliśmy postawić pod świerkiem z tyłu domu. Radek otoczył go niskim płotkiem zrobionym z olchowych gałązek. Niektóre z nich po czasie lubią wypuszczać zielone liście, bo choć są odcięte od pnia drzewa, to jednak nadal pobierają wodę z ziemi i w ten sposób potrafią przetrwać. Podobnie mają wierzby.
Niektóre z posadzonych przez nas na jesień młodych brzózek nie wypuściły liści. Ale nie wyglądają na całkiem uschnięte, dlatego postanowiłam je cierpliwie podlewać i czekać, aż odezwie się w nich życie. Platan także długo wyglądał na całkiem zmarnowanego, a jednak po kilku miesiącach jego liście nabrały intensywnie zielonego koloru i teraz pnie się dzielnie do góry.
Lubię tę pracę blisko ziemi. Lubię ubrudzić sobie ręce, a potem od rąk ocierających pot ubrudzić twarz i odgarniane z czoła włosy. Skóra nabrała ciemnobrązowego koloru, a ciało więcej siły i zaradności. Uczę się łączyć pracę z modlitwą. Nie wychodzi mi jednak rozważanie tajemnic różańca, ani nawet powtarzanie z pamięci samej formuły modlitewnej, ponieważ zaraz coś odwraca moją uwagę, a potem zmusza do nerwowego zaczynania od nowa. Staram się więc przed każdym rozpoczynanym zajęciem ofiarować go Bogu w intencji zgodnej z pragnieniem Jego Serca, w trakcie zajęcia uwagą myśli lub serca kilka razy skierować się ku Niemu, choćby po to, by o czymś Mu opowiedzieć, wyrazić zachwyt nad pięknem i zapachem kwiatów, albo poskarżyć się troszkę na zmęczenie lub kąśliwe owady. Po skończonej pracy staram się podziękować za to, że mogłam ją wykonać pod Jego najczulszym spojrzeniem i złożyć jako maleńką ofiarkę, nie większą niż główka niezapominajki.
Jednak zdarza się i tak, że podczas pracy długo nie zwracam uwagi na mojego Jezusa, ani na Jego Matkę. Zamiast trwać w pokoju, moje myśli krążą gdzieś nerwowo, ruchy także stają się jakby mniej cierpliwe i staranne. Bywa wówczas, że czynność, którą wykonuję, nagle odsłania nowy wymiar i przenosi mnie na moment jakby w głąb istnienia. Najpierw poprzez dzieciństwo – odkrywam we wspomnieniu małą siebie, która w danym miejscu wykonywała jakąś drobną pracę, albo po prostu bawiła się beztrosko w towarzystwie psów. Z tego odległego w czasie wspomnienia zanurzam się jeszcze głębiej, w coś jak gdyby wspomnienie duszy pracującej i bawiącej się w Raju. Obecność Boga jest tak oczywista, tak pełna, tak wszechotulająca. Nie ma lęku, nie ma też zmęczenia. Radość przenika całą duszę, a także wszystko wokół. Przez kolejną tamę w duszy wdziera się światło i opromienia cząstkę więcej, a potem spokojnie wygasa, jak zachodzące nad wodami słońce. I znów wracam do chwili obecnej. Ale jakże ona jest przemieniona. Staje się obrazem czegoś nieskończonego. Uśmiecham się w sercu do Jezusa, w dłoni uważnie rozcieram ziemię, by przyjrzeć się drobinkom i poczuć jej zapach. Spadające łzy oczyszczają resztki powszedniości, która tego dnia znów zasłaniała mi oczy. Te błogosławione łzy i uśmiech milczącego porozumienia składam Tobie jako ofiarę wieczorną.
bo praca rąk jest święta
i święta jest materia w której
zanurzają się ręce
[Anna Kamieńska]
