czekamy

ptaszkowie

W wielkiej ciszy

W miniony poniedziałek wybrałam się na długi spacer po okolicy. Dzień był przejmująco mroźny i mglisty. Do plecaka włożyłam aparat i kilka klisz, mając nadzieję, że może uda mi się sfotografować po drodze jakieś rozległe, zimowe pejzaże, które będę mogła potem wykorzystać do rozbudowania cyklu czarno-białych kolaży o melancholii. Planowałam dotrzeć najpierw pod dom pana Majdysia, a potem, jeśli ścieżka nie będzie całkiem zasypana, skręcić w prawo w stronę potężnych, opustoszałych pól, choć Rózia przestrzegała mnie kiedyś, że lubią w tamtych okolicach grasować dziki.

Ścieżką, jak się okazało, ktoś przede mną musiał już przejeżdżać, więc poruszając się po wydrążonych w śniegu śladach, szłam coraz dalej przed siebie. Co kilkadziesiąt metrów zatrzymywałam się, żeby sfotografować wyrastające z mlecznej mgły ogołocone brzozy, strzeliste szpalery świerków, zasuszone kępki bylin, albo pojedyncze, samotne pośród nieprzebranej bieli krzewy jarzębiny.

Szłam coraz dalej i dalej, w napięciu i jakby oczekiwaniu odkrycia czegoś niezwykłego, zachwycona wszechobecną ciszą, zapominając o zimnie, przemoczonych trzewikach i skostniałych palcach u rąk. Idąc przed siebie, otoczona szczelnie z każdej strony jaśniejącą bielą śniegu i mgieł, które zacierając horyzont otwierały na nieskończoną dal, miałam wrażenie, jakbym pogrążała się w głębokim, świętym śnie. Czasami w oddali dało się usłyszeć niski przelot spłoszonego bażanta, albo zobaczyć niewyraźny zarys pochylonego w skupieniu nad odsłoniętym fragmentem ziemi stada saren, dla którego ja także być może zdawałam się maleńką, śpieszącą dokądś tajemnicą.

Nie zauważyłam nawet kiedy zaczęło zmierzchać. Dotarłam wówczas na jakąś wąską, ale dobrze odśnieżoną miedzę, jednak nie udało mi się dopatrzeć w pobliżu żadnego gospodarstwa ani domu. Dokąd więc prowadzi? Ruszyłam przed siebie, żeby sprawdzić, jednak po chwili zauważyłam w oddali wręcz nierealnie rysującą się na tle bieli ścianę kilkudziesięciu wysokich drzew, które sprawiały wrażenie, jakby były jakimiś obejmującymi się ciasno, zastygłymi w milczeniu olbrzymami. Jakże uroczyście i wstrząsająco skromnie wyglądały pośród tej zanurzonej w ciszy i bezruchu samotni. Stałam tam długo zupełnie zahipnotyzowana, bojąc się poruszyć, by nie spłoszyć z duszy tej Obecności, która zdawała się posiadać mnie i ten krajobraz w swoim Pięknie.

Tak powstała fotografia „Into Great Silence”. Gdy do niej wracam, udaje mi się na moment odnaleźć nieuchwytne echo tamtej pełnej powagi i majestatu, rozbrzmiewającej Obecnością ciszy, która nie wiem, czy dobiegała z owego zimowego pejzażu, czy z jakichś niedostępnych głębin mego własnego ducha przemawiała do mnie. Wspomnienie to wciąż jednak tak bardzo żywe i pewne, pociąga mnie bardziej ku szukaniu jej źródła w szczelinach wnętrza, niż pośród najpiękniejszych nawet krajobrazów, które potrafią mnie do jej nasłuchiwania coraz częściej skłonić.

Zima, zdaje się, zatrzyma się u nas na dłużej. Codziennie, pośród cichych godzin, staram się żyć tą myślą, że jesteś tak blisko, moje Samotne Szczęście, mój Boże, i słyszalne jest dla Ciebie milczenie mojego serca, które jak wytrwałe lecz całkiem bezradne dziecko wyrywa się ze mnie ku Tobie, byś je chronił, ogrzewał i napełniał swoim Słowem.