„Cały współczesny świat podzielił się na konserwatystów i progresywistów.
Zadaniem progresywistów jest ciągłe popełnianie błędów.
Zadaniem konserwatystów jest zapobieganie temu, by te błędy były naprawiane.”
Gilbert Keith Chesterton
Najdroższa, Najmilsza mi Kamilko,
dzisiaj stajesz w drzwiach Twojego roku jubileuszowego, na progu i początku czterdziestego roku życia pod niebem tego świata. Świata, który w przedziwny sposób jest tym właśnie miejscem naszego spotkania. W tych – a nie innych – okolicznościach, czasach, krajobrazach, w których zadziewa się nasze małżeństwo, nasza tajemnicza unia. Mam podejrzenie, które poniekąd przejmuje mnie dreszczem, że to nasze małżeństwo musi być zatem refleksem jakichś wysokich tajemnic, ale tajemnic bliskich, mieszkających tu, z nami, w tym domu nad rzeką. Wypełniających jego wnętrze jak powietrze. Pomyśl – żyjemy we wnętrzu ducha domu! Powietrze wewnątrz jest jego oddychaniem. Tajemnice te, zastygnięte w miejscu, śpią razem z nami, gdy my śpimy. Duch miejsca. Genius loci, który jest naszym bliskim przyjacielem – w końcu mieszkamy w nim, jesteśmy jego domownikami.
Jak gdzieś przeczytałem, liczba czterdzieści w tradycji judeochrześcijańskiej ma między innymi znaczenie „ponownego pojednania”, „powrotu do początku (zasady, arche)”. Stąd chociażby czterdzieści dni potopu, czterdzieści lat błąkania po pustyni, czterdzieści dni Mojżesza na Synaju i czterdzieści dni postu Chrystusa. Stąd też także czterdzieści dni naszego Wielkiego Postu.
Przez ostatnie miesiące razem poznajemy – przypominamy sobie? – ten sposób intymnej relacji ze światem, który jest przeznaczony do smakowania nie słowem, ale intuicją. Przenieśliśmy siebie w krainę słów milczących, gdzie zmysły i żywe ciała wymieniają uśmiechy z duchami stworzeń. Zamieniliśmy mowę słów na język kruchy, jednorazowy i nie do powtórzenia. Teraz nie piszemy listów, a raczej „ufamy Życiu” w jego przemijaniu – teraz zrastamy się w jednorazowych doświadczeniach już bez lęku, że coś przepada niezapisane, ale w przekonaniu, że pulsujemy w świecie, a świat odpowiada swoim własnym pulsem.
To, co zadziewa się w naszym wspólnym życiu przez ostatnie lata jest tak intensywne, że jakakolwiek próba zbudowania wokół tego miejsca ze słów (rozbijmy tu namioty, zostańmy tu na chwilę) przestała być rozsądna. Ja na pewno zamilkłem, bo Życie wyślizguje mi się z każdego uścisku. Czasami się tym martwię, bo wciąż myślę, że powinienem je pochwycić i skierować w jakimś – najlepiej z góry określonym i właściwym – kierunku, jak stado owiec. Ale kiedy oglądałem pasterza owiec na polanie, to miałem wrażenie, że to nie one idą za nim, ale wręcz on za nimi. Ufał naturalnemu nurtowi, który przelewał się wraz z wiatrem i rzeźbił niewidzialne korytarze, w które kierował stadko bezbłędnie odczytujące te nieme wołania kolejnych miejsc. To duch góry przecież prowadził te owce z pastwiska na pastwisko i do zagrody w miarę, jak zapadał wieczór. Pasterz i psy byli jego współpracownikami. Duch góry szanował swoich współpracowników, a w ich leniwych ruchach widać było, że czuli siebie nawzajem.
Zamilkłem dla słów, bo nie pisze się listów podczas przeprawy. Nie tyle nie pisze się listów, ale też niewiele się myśli. Raczej nasłuchuje, raczej patrzy pod nogi. Przeżywam coś radykalnego i straciłem oparcie w słowach. Nie jestem jeszcze dość dobrze w nowym, a stare przestało już być wyraźne. Jedynie pomrukuję przy Tobie wtulając się w Twoje plecy, starając się robić to tak, aby ten gest stał się radykalny, znaczący – aby pomimo wszystko przeniósł treść, komunikat do Twojego serca. Dostało mi się to, na co czekałem – cisza, utrata słów. Nie z własnego wyboru przecież – co prawda chciałem tego, ale nie zdecydowałbym się na to sam z siebie. Aż strach pomyśleć. Więc znowu bardziej z pragnienia niż z gotowości Bóg wyprowadził dla mnie ten nowy czas. Staram się ufać przeżyciu, w nim staram się zmieścić. Lubię za to bardzo nasze poranne rozmowy w kuchni przed jutrznią, w których dzielimy się ze sobą świeżymi odkryciami, najintymniejszymi myślami z głębi naszych dusz. Te rozmowy są tak szczere, że – chociaż nie spamiętam ich wszystkich nawet w ułamku – to sam ich dar jest dla mnie tak bardzo cenny! Dziękuję Ci za nie, Najdroższa. Wielokrotnie już myślałem, że to właśnie je pragnąłbym wspominać – obracać w dłoniach pamięci i oglądać jak prawdziwy przedmiot, dar dobroci Boga – gdy przyjdzie mi umierać.
Jak wiesz, od dawna miałem przeczucie, że mimowolnie ktoś nas okradł z czegoś istotnego zanim jeszcze się urodziliśmy. Brzmiało to zawsze absurdalnie, niejeden raz się na to zżymałaś, gdy tak mówiłem – że jesteśmy głęboko zranieni przez naszą kulturę. Wtedy jeszcze – z wewnątrz tamtego myślenia – nie chciałaś chyba przyznać się do tego nie widząc w sobie aż tak wielkich deficytów. Ty zawsze miałaś w sobie znacznie więcej zaczynu tej naszej – obecnie nowej – wrażliwości niż ja. Może stąd pochodził Twój sceptycyzm do takich twierdzeń. Ja też – mówiąc to, że jesteśmy dogłębnie zranieni, pozbawieni czegoś fundamentalnego – nie mogłem tego przecież wiedzieć na pewno. Miałem co najwyżej przeczucie. Miałem niejasne wrażenie, że żyjemy w czasach, w kulturze, która wykastrowała nasze receptory. Teraz, w dobie AI, być może faktycznie jesteśmy ostatnim pokoleniem.
Ostatnim pokoleniem szczęściarzy. A pierwszym skarbem, który udało nam się odzyskać jest nasza mądra miłość. Wydobyta jakimś niemożliwym cudem z pogranicza dobra i zła. Razem przeszliśmy po grani szczytów długi dystans nie osuwając się w dół. Wsparci łaską – inaczej to niemożliwe. Ale dlaczego my? To pytanie wciąż powraca. Zadają je też Tobie spotkani ludzie – dlaczego Ty, dlaczego Tobie to wszystko się przydarza?
Jesteś mi dziś bliższa niż kiedykolwiek – coraz bardziej wolna, a więc coraz bardziej dostępna dla miłości. To tak przedziwne, tak „nienormalne”, że coraz więcej w nas miłości. Tak bardzo szkoda mi ludzi, którzy nie mają tyle szczęścia co my. Tak bardzo mi ich żal. Albo znów podchodząc ten temat od drugiej strony – tak bardzo trwożę się na myśl, że otrzymaliśmy drogocenny dar, który coraz bardziej na tle współczesnego świata zaczyna błyszczeć, jak czysty szmaragd. Wiesz, że od dawna mam tę myśl, że z takim niezasłużonym wyróżnieniem idzie odpowiedzialność, tylko jeszcze nie wiem kiedy zostaniemy poproszeni o trud niesienia jej ciężaru, o – jak to wielokrotnie pisałem – spłatę długu. Jestem zatem przekornie podejrzliwy wobec tej epifanii.
Tymczasem, mając już tak wiele mądrej miłości, wciąż nieporadnie staramy się odzyskać dla siebie coś jeszcze więcej – choć może się okazać, że nie uda nam się wiele. Liczymy na to, że chociaż trochę zaczniemy żyć. Bo w wieku czterdziestu lat jesteśmy wciąż niemowlętami. Jeszcze nie zaczęliśmy żyć. Może uda nam się jeszcze coś odzyskać. Pracujemy w czasach postapokaliptycznych. Bóg jeden wie ile trudu musieliśmy i jeszcze musimy włożyć w odzyskanie–odtworzenie zaprzepaszczonych przez bezrefleksyjny odruch świata, roztrwonionych dobroci przeszłych pokoleń. Wyruszamy ze świata straty. Dziedziczymy ruiny. Potrzebna nam jest cierpliwość i zgoda na proces. Jednego wieczoru mówisz „pójdziemy do nieba w butach”. Potakuję, bo cóż tu więcej na to powiedzieć: może tak, może tak.
„Ten świat nie zostanie ukarany za to, jakim jest. On jest już karą”.
A na razie – jak dzieci – siedzimy na wozie czasu i uczestniczymy w radościach podróży w przód, w przyszłość. Kim jest Ten, który daleko na przedzie prowadzi nasz lud ku nowej ziemi, do nowej osady i kiedy zechce zawołać nas do siebie i wskazać konkretnie nam, dzieciom, co mamy robić, czego od nas chce?
Póki co, nie umiem wyrazić jak bardzo czuję się wyróżniony i dumny mogąc żyć tak blisko Ciebie, obserwować jak dojrzewasz i jak rośniesz w mądrości i odwadze. Twoja mądra dobroć jest Twoim największym darem, a zaraz po nim Twoja troskliwa czułość i kobiece piękno, erotyczne ciało, które mnie – chłopca, mężczyznę, inżynierski i filozoficzny zmysł – dręczy niewymiernością, jest dla mojej wyobraźni geometryczną torturą.
Życzę Ci Najdroższa takiego przejęcia się opowiadaną baśnią, aby płynęła ona przez Ciebie swobodnie – aby zmieniała ludzi i świat dookoła. Życzę Ci daru przyjęcia świata w symbolach i mocy dzielenia się tym darem z dziećmi świata ruin. Życzę Ci kryzysu–ekstazy, euforii wieku średniego. Panicznej radości, która wymaga głaskania siebie po plecach kolistymi ruchami, nauczenia się cierpliwości. Zaufania życiu.
Życzę Ci w tym roku aby był to rok opowieści i rok Graala, rok odwagi i rok samodzielnych podróży. Rok koni i rok ogrodu. Rok Twojej nowej książki. Rok wyrzeźbionych w skupieniu i modlitwie – jak ikony – figurek i medalików. Rok kobiecości i rok Duszki Świętej. Rok odzyskanego Raju. Rok śmierci i rok spacerów ze zmarłymi. Rok pierwszej nocy spędzonej w jurcie przy uchylonych drzwiach i rok instrumentów, i śpiewu który przyprowadzi duchy stworzeń by zasiadły z nami do kręgu wokół ogniska. Rok ognisk.
Wyobrażam sobie, że w tym roku przyłożysz swoją złotowłosą głowę do głowy konia i przestaniesz się bać.
Ja zawsze będę przy Tobie, najdroższa Żono, dwa małe kroki za Tobą, w Twojej wyjątkowej wędrówce ku Twojemu powołaniu. Wierzę, że swoje powołanie znajdę również na tej drodze, bo Ty jesteś i zawsze byłaś moją przewodniczką.
Wydaje mi się coraz bardziej, że do Chrystusa przychodzimy ze Wschodu. Nie bójmy się tego przyznać. Chodźmy śmiało na nasze ścieżki!
“Trwajcie niezachwianie przy Słowie Życia…” (Flp 2,16).
Ufaj Życiu!
Czterdzieści. Powrót do początku. Powrót to zawsze ten etap wędrówki, który jest radośniejszy z każdym stawianym krokiem. Przypomnij sobie schodzenie z góry w Bieszczadach – już schronieni od głośnego wiatru, w lesie, w migoczącym słońcu, w szurszających liściach. W milczeniu, zmęczeniu, ale też pokoju. W skupionej, wspólnej samotności. W troskliwym oglądaniu się za siebie, czy idę, czy idziesz.
A może ten rok przejścia jest rokiem powrotu? Ciekawe, jaki dar otrzymasz, gdy dotkniesz klamki drzwi swojego pokoju w Domu!
Kocham Cię
Twój R.
