czekamy

ptaszkowie

czas przed czasem

Lubię wstać wcześnie rano, gdy jeszcze śpisz. Gdy jeszcze śpi cały świat, a przynajmniej nasza strefa czasowa. To jest czas przed czasem, kairos kontemplacji. I chociaż wciąż jest noc, chociaż powinienem spać, jest to czas prawdziwego odpoczynku. „Bez celu, ale nie bez sensu” – jak to gdzieś przeczytałem.

Ty śpij, najmilsza, nie wstawaj. Śpij. Całuję oczka, upycham kołdrę pod szyję, koc, drugi koc. Znikam cię. Śpij. Właśnie to, że śpisz, jest warunkiem wydobycia się tego czasu. Ta spreparowana samotność jest jego gwarancją. Niech świat śpi, kiedy ja, pod osłoną nocy, kradnę życie. Codziennie, po kawałku, je wynoszę – jak małe, mieszczące się do plecaka skrawki złomu z fabryki: a to jakiś esej Hamvasa, to znów kilka zdań skreślonych w notatniku. A to spojrzenie w lustro w ciemnej łazience, jeszcze nierozszerzonymi źrenicami. A to księżyc podpatrzony, gdy jak niedopięty guzik przeciska się przez dziurkę i rozluźnia poły płaszcza nocy. A to cisza podsłuchana w tykaniu zegara. A to zmiatanie ze stołu okruszków po kolacji czy mycie naczyń w wąziutkim, uspokojonym strumieniu wody. Metafizyczna czarna kawa włącza mnie we wspólnotę żyjących. A wszystko to, w małej izdebce samotności, jest jakąś ostrożną modlitwą istnienia.

Czasami nie, a czasami tak – świt potrafi zaskoczyć, a nawet poirytować. To zależy, ile i co uda się ukraść. Myślę sobie, że wielu ludzi zna to uczucie. Na pewno zna je mój sąsiad. Około szóstej rano w jego oknie gaśnie sterylnie biała żarówka (takie światło nocą to występek sam w sobie, ale każdy ma swój styl). Powoli, bezdźwięcznie, zasuwa zamki w torbach. Przekręcając klucze w drzwiach, trzyma ich pęk mocno w dłoni, żeby nimi nie dzwonić. W mroźnym powietrzu trzaska metalowa bramka w ogrodzeniu. Na polu hałas jest dozwolony. Jedynie pies, czujny, przebudzony, drapie siatkę kojca. S. jeszcze przed zmierzchem zapala samochód – będzie jechał do Austrii. Gdy silnik nagrzewa wnętrze, on też grzeje się papierosem. Rytuał przejścia. Patrzy na rzekę, spieszy się, nie śpiesząc. Jego bliscy jeszcze śpią. Nakradł się chłopina przez Święta domowej miłości, teraz ucieka, nim świt go nakryje. I dobrze. Tak to się właśnie robi.